Rozdział 10: Przyjaciel
Szliśmy już kilka naście godzin w poszukiwaniu mojej watahy. Zbliżał się wieczór. Siostra i ja teraz musieliśmy szukać jaskini by rano móc kontynuować poszukiwania watahy.
Wkrótce jednak udało nam sie odnaleźć małą jaskinie. Była to mała i ciasna, ale dobra jaskinia. Wokół niej rosło wiele krzaków i drzew, co oznacza iż nikt jej wcześniej nie odkrył.
Położyliśmy się spać. Lisha dawno spała, a ja wpatrywałem się w gwiazdy. Wypatrywałem księżyca schowanego za jedną z kilku ciemniejszych chmur.
Po kilkunastu minutach chmura zaszła odsłaniając śnieżno biały księżyc. Odetchnąłem z ulgą gdyż pamiętam iż ostatniej nocy księżyc był złoty i zmusił mnie do przemiany w wilka-cienia.
Zastanawiałem się kim był ten rozszarpany wilk. Pamiętam że miał na sobie zapach Lisha'y, lecz ja gościa nie znałem.
Zamknąłem oczy chcąc zasnąć lecz nie mogłem. Popatrzyłem się znów na gwiazdy. Świeciły jasno na teraz czystym od chmur niebie. Lecz nie dało mi to spokoju. Wciąż pamiętałem słowa Rubina; 'teraz walka była by nie fair.' Ale jak to nie fair? Chodziło o to że Rubin po prostu boi się mej mocy, czy też dla niego byłaby to zbyt łatwa walka? Nie wiem i mam nadzieje że chodziło o tą pierwszą wersję. On zawsze taki był. I jeszcze do tego te zakopane jelenie. Nikt z naszej watahy nie wiedział dlaczego i kto je tam zakopał. Czuję iż nie był to czyn jakichś dobrych istot. Może Rubin? Nie. Nie upolowałby kilku jeleni zupełnie sam.
Po kilku minutach za plecami usłyszałem głos Lisha'y.
- Coś cię trapi?- powiedziała kryjąc smutek.
- Nie, przywidziało ci się.- odpowiedziałem.
- A więc co robisz?- spytała
- Ja? Ja patrzę na gwiazdy i myślę o mojej watasze. O Tadefu, Khyariin i Bakusie.
- Wiesz... Wtedy jak odszedłeś od naszej watahy Rubin gnębił mnie jeszcze przez kilka dni. Potem zniknął. Szukaliśmy go wszędzie ale ślad po nim zaginął. Po tygodniu pomyślałam iż poszedł cię odszukać i wyruszyłam by cię ostrzec. Szukałam cie wszędzie aż na niebie spadły dwie gwiazdy. Zrozumiałam że on planował to od dawna. Chciał aby rodzice zostali sami bo dobrze wiedział że rozwaliłabym go w dwie sekundy. Zabił ich i przejął moc ojca. Jakieś kilka dni temu spotkałam wilka. Był cały biały, miał złoto-niebieskie oczy. Nazywał się Jasper. Wydawał mi się mądry i uczciwy, ale był narwany. Opowiedziałam mu wszystko i ruszyliśmy aby powiedzieć ci iż Rubin ma moc i planuje zwiększyć jej siłę zabijając ciebie. Wczoraj zobaczyliśmy wilka-demona. Było ciemno nie wiem czy mój opis jest dokładny... Był ogromny i miał wybitne futro na szyi jak lew. Jego głowa trochę przypominała głowę egipskich anubisów lub szakala nie wiem, ale wiem to iż miał długie szpiczaste uszy. Jego oczy świeciły na czerwono. Uwierz mi bo pewnie nigdy nie widziałeś tak mocno świecących oczu. Stał na polanie i parzył się w biały księżyc. Jasper myślał że jest to Rubin i powiedział mi o tym. Mówiłam mu żeby lepiej zostać w ukryciu, ale nie posłuchał mnie. Rzucił się na czarnego wilka a ten rozszarpał jego śnieżne futro i po chwili wszystko było we krwi. Gdy ten myślał że Jasper nie żyje, mój przyjaciel drapnął go pazurem w oko. Ogromny wilk bardzo się wkurzył. Chwycił za gardło i ścisnął aż połamał mu kości. Potem popatrzył się w stronę krzaków w których się ukrywałam. Uciekłam i zaszyłam się w najbliższej norze. Potem zaczął padać deszcz...Gdy skończyło padać wybiegłam z nory i resztę już znasz...- powiedziała. Gdy wypowiedziała ostatnie zdanie poleciała jej łza.
- Przepraszam. Nie kontrolowałem postaci cienia...- mruknąłem
- Nie musisz przepraszać. Jasper zbyt wiele dla mnie nie znaczył...- Powiedziała po czym zawyła pełnym smutku głosem. Dołączyłem do niej.
- Spróbuję jutro coś z tym zrobić.- szczeknąłem
- Dziękuję.- odpowiedziała
Po kilku minutach położyliśmy się spać. Ona zasnęła szybko lecz ja miałem mały problem z zaśnięciem. Lecz w końcu udało mi się wejść do krainy snów.
Szedłem jako cień pośród wysokich drzew. Był 'dzień'. Wprawdzie pochmurnie lecz owe chmury były białe. Po kilkunastu minutach odnalazłem łąkę. Usiadłem na środku i zawyłem. Pełen grozy głos szybko przyciągnął masę kruków. Ptaki wylądowały przy mnie po czym ukłoniły się. Ruchem głowy dałem im znać by poszły stąd precz. Lekko przestraszyły się i usiadły na gałęzie. W końcu ryknąłem. Uciekły rozpływając się w powietrzu...
Obudziły mnie wesołe krzyki Lisha'y. 'No, chodź! No chodź już! szybko!' krzyczała uradowana skacząc i merdając ogonem jak szalona. 'Juz, już' odpowiedziałem jej. Wyszliśmy z nory.
Był piękny i słoneczny poranek. Na niebie nie było ani najmniejszej chmurki. Wróble i inne ptaki śpiewały radośnie swe pieśni.
Wilczyca prowadziła mnie przez leśną ścieżkę. Po kilku minutach odnalazła bardzo malutką polanę. Gdzieś tam na boku leżało ciało martwego wilka.
- Proszę...- warknęła
- Nie proś. Nie musisz.
Znalazłem martwego wilka. Podszedłem do jego szyi i przyłożyłem nos przymykając oczy. Wypowiedziałem magiczne 'Dariri'. Po chwili przez moją głowę przebijały się Masy różnych obrazów z życia białego wilka. Po godzinie ustało. Szybko podniosłem głowę i odwróciłem się do siostry.
- I jak?- spytała.
- Nie wiem... Chyba się nie udało...- Powiedziałem
- Co się nie udało?- usłyszałem głos za sobą. Po chwili ujrzałem białego wilka zupełnie bez ran. Uśmiechał się do nas i merdał ogonem. Lisha podziękowała mi serdecznie i pobiegła by rzucić się w jasne futro zdezorientowanego wilka.
--------------------------
Koniec rozdziału 10 ;)
i jako że jest to 10 post daje bonus:
http://godspack.com/archives/comic/c21p4
komiks :)





.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
