piątek, 29 sierpnia 2014
Mini info
w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o tym kiedy będą pojawiać się kolejne posty. otóż każdy z następnych rozdziałów będzie się pojawiał raz na tydzień. mam kilka fajnych pomysłów więc będzie i fajnie i ciekawie. Pa ;*
wtorek, 26 sierpnia 2014
Rozdział 6: Uszak
Cały następny dzień uleciał mi na szukaniu zająca. Przeszukałem cały las lecz nie czułem w nim woni ani jednego zajęczaka. Uszaka tam nie było. Tego którego wskazały mi duchy nie było. Zrezygnowany potruchtałem dalej w liściasty las. Odnalazłem woń sarny i po chwili odnalazłem jedną niczego nie podejrzewającą iż zaraz zostanie zabita. Powoli skradałem się ku jedzącej trawę młodej sarnie. Krok po kroku... Powolutku...Już tylko kilka kroków i skok... Obok sarny przebiegł fioletowo-oki zając z raną na prawej nodze. To MÓJ Uszak. Skoczyłem. W mgnieniu oka wgryzłem się w słodki kark sarny. Zając usiadł i wszystko obserwował. Złapałem za skórę sarny i pociągnąłem. Zwierze ryknęło. Wbiłem kły w szyję. Kątem oka zauważyłem iż oczy obserwującego to zajście Uszaka zaczęły świecić na fioletowo. Poczułem wielką moc. Czas zaczął płynąć powoli. Mój wzrok zmieniał się z normalnego na fioletowy... Dźwięk zanikał... Z łatwością połamałem kruche kości młodej sarenki...Sarna znów zawyła z bólu lecz dźwięk zamilkł... Widząc na fioletowo puściłem jej połamaną ledwo trzymającą się tułowia szyję i zeskoczyłem z łani która jeż powoli upadała. Upadła obok mnie i młodego zająca. Wszystko wróciło do normy.
Uszak siedział obok mnie. Jego oczy świeciły na fioletowo. Rana na nodze zniknęła całkowicie. Wstał i pobiegł w stronę drzew kasztanowych. Po chwili znów zniknął w lesie. Podszedłem do sarny. Powąchałem ją i zacząłem jeść. Po kilkunastu minutach byłem w pełni najedzony.
Poszedłem za śladami Uszaka. Doprowadziły mnie one do małego jeziorka. Dostrzegłem go. Królik pił wodę. Po chwili skończył pić i usiadł w moim kierunku. Dostrzegłem iż jego uszy w cale nie były jasno rude. One były białe. Jego oczy... Teraz jego oczy nie świeciły na fioletowo. Teraz były fioletowe. Podszedłem bliżej. Uszak odwrócił się w kierunku jeziora i patrzał w wodę. Zrobiłem to samo. Z zaskoczeniem zauważyłem, że również ja się nieco zmieniłem. Moje oczy dawniej ciemno brązowe teraz były fioletowe. Odsunąłem się od jeziora. Popatrzałem na Uszaka. Wstał i pokicał prosto do lasu. Po biegłem za nim. Biegł szybciej niż ja. Po półgodzinnym maratonie zgubiłem go w gąszczu. Tropienie go nie pomagało. Węch także mnie zawodził. Po chwili zrozumiałem że ten królik nie ma swojego zapachu. Przybiera on zapach tego co jest blisko czyli np. zapach drzewa, kwiatka... Pomyślałem że ''przyjdzie kiedy ucieczka mu się znudzi''. Poszedłem szukać jakiejś małej jaskini lub chociażby jakiejś nory po borsuku gdyż zbliżał się wieczór. Nie wiedziałem czy noce w tym lesie będą zimne czy ciepłe. Miałem nadzieję że będzie to ta druga opcja. Szukałem obok jeziora by rano móc się czegoś napić. Bez skutku. Po godzinie zrezygnowałem z szukania czegoś przy jeziorze i potruchtałem w las. Robiło się coraz ciemniej a ja nic nie znalazłem. Świerszcze grały swe melodie razem z sowami. Po kolejnej godzinie gdy nastała ciemna i trochę chłodna noc wpadłem na małą skalną jaskinie z widokiem na niebo pełne gwiazd. Powęszyłem czy w okolicy nie kręci się jej właściciel, ale nie było nikogo prócz mnie i świerszczy. Wszedłem do jaskini. Położyłem się w prawym boku i położyłem się. Popatrzyłem w niebo. Spadła jedna z gwiazd. Świeciła na niebiesko. Modliłem się aby to nie oznaczało śmierci Lisha'y mimo iż wiedziałem że jest zbyt silna aby byle kto mógł by ją zagryźć. Położyłem głowę na łapach. Moje futro oświetlał tylko blask księżyca w nowiu.Po kilku minutach usłyszałem łamanie się gałązki. Podniosłem głowę. Z ciemności wyłoniła się sylwetka zająca. Uszak niepewnie zrobił krok do przodu. Zamerdałem ogonem aby zachęcić go do wejścia do jaskini. Podszedł bliżej lecz dalej trochę nieśmiało. Położyłem głowę na łapach. Po kilku minutach podszedł do jaskini lecz nie miał odwagi wejść do środka.
- Wejdź. Nie bój się.- szczeknąłem.
Na efekty nie musiałem długo czekać gdyż po chwili zając położył się obok mnie i wtulił się w moje długie,rude futro.
-----------------
mam nadzieję że się spodobało :) nie miałam czasu aby skończyć to pisać ponieważ musze się zajmować moim młodym psem o imieniu Nero. Niestety jego zdjęcie podeślę w następnym rozdziale ponieważ nie mam baterii do aparatu :(
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Rozdział 5: Wariaci i znaki...
Minęły dwie godziny odkąd wyruszyłem z lasu. Po następnych piętnastu minutach zwolniłem do wolniejszego biegu, potem do truchtu a na końcu do chodu. Zaczęło świtać. Przeszedłem wolnym krokiem setny kilometr pustyni. Co jak co, ale lato na pustyni jest gorsze niż lato w Starym Lesie gdzie jedynym jeziorem jest Jezioro Serca a o kałuże z wodą jest ciężko gdy nie pada więcej niż 5 dni.
Łapa za łapą, oddech za oddechem, upał za upałem. Powoli miałem tego dosyć. Zwolniłem kroku. Przystanąłem i popatrzyłem się w bezchmurne i błękitne niebo. Na niebie zaczęły pojawiać się małe chmurki i układać się w napis ''Nie poddawaj się!''. Przyśpieszyłem do wilczego galopu. Praktycznie nie czułem zmęczenia. No... tylko trochę. Biegłem prosto,solidnie i na nowych siłach. Po kilku minutach biegu stanąłem by poczuć na sobie ciepły i lekki wiatr towarzyszący mi w podróży. wziąłem głęboki oddech łapiąc małą i zanikającą z każdym metrem woń Starego Lasu. Wiatr przypomniał mi o tym specjalnie. Przypomniał mi o watasze. O rodzicach, Lisha'y i o Rubinie...
Szybko wyparłem myśli o nich i oddałem się ponownemu biegu. Biegłem z wolnością krok w krok. Czasem potykając się o piasek biegłem dalej bardziej szczęśliwy niż wkurzony. Biegłem jak oszalały, ale wesoły i pogodny. W tym transie biegłem aż do piętnastej. Teraz nękał mnie głód i mocno spowalniało pragnienie. Szedłem przed siebie do wieczora. Wyłem kilka razy z głodu, ale szedłem. Księżyc wznosił się już na horyzoncie. Szedłem przed siebie. Po chwili ujrzałem pół ściany z jakiegoś kamiennego domku. Poszedłem dalej-kolejna ruina. Dalej była następna, a za nią ujrzałem wilczycę koloru białego z czerwonymi oczami. Miała ona prawe ucho koloru rudego. Podszedłem bliżej. Wilczyca miała pokojowe zamiary gdyż wesoło zapytała:
- Co tutaj robisz?
-Ee... chce prze-
-Ha ha! śmieszny jesteś! już cię lubię.-przerwała. Jej zachowanie było dziwne...
-Ale...
-Ale chodź za mną.- poprosiła- Moja wataha z chęcią da ci pożywienie i picie.- dodała
-No dobra...
Szliśmy przez ruiny. Piasek powoli stawał się ciemniejszy i bardziej dostosowany do chodzenia po nim. Weszliśmy na mniejsze wzgórze. Na drugim dole wzniesienia moim oczom ukazał się białe wilki ustawione w krąg. Każdy z białych wilków miał jakąś małą rudą łatę. Na środku kręgu leżał dobrze ułożony ciemniejszy piasek. Podeszliśmy bliżej. Wilki nie zareagowały. Po chwili kupka piasku wstała. Wszystkie wilki oddały pokłon. Moim oczom ujawnił się wilk piaskowego koloru o złoto-brązowym pręgowaniu. Jego pysk był zaś jasno kremowy. Miał długie, okazałe futro. Oczy jego dudniły złotem. Wyglądał jak tygrys. Podszedł do mnie. Wilczyca oddała skromny ukłon po czym szepnęła mu coś na ucho. Wilk uśmiechnął się i kazał młodej około dwuletniej wilczycy dołączyć do kręgu. Po chwili piaskowy wilk powiedział do mnie:
-Chodź najesz się.- poszedłem za nim. Wilk poszedł kilka metrów za krąg i skierował wzrok na małą palmę. Podszedł do niej i wykopał obok niej jakiegoś zdechłego ptaka. Wziął go w pysk i szedł ku mnie. Puścił go i powiedział:
-To bocian. Nasi najlepsi skoczkowie zagryźli go tej wiosny gdy jego stado wracało z ciepłych krajów. Gdy skończysz jeść daj znać któremuś z nas a on z chęcią zaprowadzi cię do naszej oazy.-powiedział spokojnie i zawył. Na te komendę wszystkie wilki położyły się obok siebie i zasnęły. Księżyc świecił jasno gdy oblizywałem ostatnie kości nieżywego ptaka. Najedzony spojrzałem w niebo. Po kilku sekundach gwiazdy na niebie ułożyły się w napis 'uciekaj!'. Zerwałem się na równe nogi. Poszedłem na palcach w kierunku otwartej pustyni. Przeszedłem ledwie dwa metry gdy usłyszałem za sobą głos rozwścieczonego wilka pustyni:
-Gdzie się wybierasz?!- Powiedział groźnie. Inaczej niż wtedy.
-Nig- nie dokończyłem gdyż się na mnie rzucił. Podstępnie złapał mnie za szyję. Nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Szybko jednak udało mi się chwycić jego ucho. Złocisty wilk zacisnął szczęki. Ja zrobiłem to samo i z całej siły pociągnąłem mocne i ciemne ucho. Wilk natychmiast puścił mnie i zaczął warczeć:
-Będziesz smakowitym obiadem dla mojej watahy-zaczęliśmy zataczać wokół siebie koła- Już czuję jak smakujesz i dodajesz nam wszystkim siły!- Skoczyłem mu na grzbiet i wbiłem kły w jego grzbiet. Pisnął z bólu. Zaczął wierzgać. Puściłem, jednak moja szybkość wzrosła i złapałem opryszka mocno za szyję. Moje pazury także robiły swoje i mocno wpiły się wilkowi pustyni w jego piaskowe pręgowane futro a potem w skórę i żebra. Po kilku minutach puściłem ledwo żywego na piach.
-Sam się prosiłeś.
-He... he... na twoje miejsce przyjdzie drugi i trzeci i czwarty... Za nie długo się najemy... najemy się... na pewno się najemy!... tak!... a później przyjdą kolejni...
Wziąłem go za skórę na grzbiecie. Ciągnąłem go przez pięć kilometrów w głąb pustyni. Zostawiłem go na samym środku. Ruszyłem dalej. Miałem nadzieję że do rana zdechnie a to czego oni chcieli i pewnie to robili już dawno ustanie. Z bardzo daleka słyszałem jego majaczenie. Spojrzałem w gwiazdy. Na niebie ułożył się gwiezdny napis 'biegnij! już niedaleko.' Biegłem tak jak chciały gwiazdy. Po godzinie pustynnego biegu ujrzałem las. Nie, nie był to Stary Las. To był całkiem inny las. Był bardziej zielony, piękny i liściasty. Moje brązowe oczy rozpoznały kilka rodzajów drzew. Brzozy, klony i wierzby. Wszedłem w las. Moje łapy stęskniły się za miękkim i lekkim dotykiem zielonej i małej trawy. Popatrzyłem na jedną z wierzb. Na jej korze było coś wyryte. Zbliżyłem się i zauważyłem wyrzeźbienie. Były tam dwa wilki. Jeden z nich miał długie piękne i geste futro. Po pysku widać było że samiec. Drugi był krótkowłosy. Jego rysy twarzy wskazywały na to iż na 'portrecie' była samica. Nie wiedziałem dlaczego ktoś wyryłby na drzewie te wilki. Popatrzyłem na drugą wierzbę. Też coś na niej było. Znów popatrzyłem na pierwszą wierzbę. Obraz wilków znikł. Podszedłem do sąsiedniej wierzby. Na jej korze widniała pewna scenka. Na górze obrazu widniał wilk o długim futrze. Na dole wył młody wilk na skraju pustyni. Na niebie widać było spadającą gwiazdę i księżyc w pełni. Nie wiedziałem co oznaczał wilk na górze, a rysunek na dole skądś znałem...
Zapamiętałem sobie obraz na wypadek gdyby znów zniknął i podszedłem do kolejnej wierzby. Na górze kolejnego rysunku widniała krótkowłosa wilczyca. Na dole zaś wilk biegnący po pustyni i spoglądający w gwiazdy. Odnalazłem wśród nich spadającą. Teraz domyśliłem się że to sceny z poprzednich dni, ale co z tym wspólnego mają te wilki? Nie wiedziałem. Skądś je znałem... ale zapomniałem.
Kątem oka na brzozie zauważyłem wyryte litery. Przeczytałem. Pisało tam 'Nie wpadaj w żałobę. Czytaj dalej!'. I wtedy wszystko stało się jasne... Ktoś zagryzł rodziców... Z mych oczu poleciały łzy smutku... Zawyłem głośnymi pełnym smutku głosem. Przez chwilę starałem się zatrzymywać łzy... Bezskutecznie... Leciały mi z oczu lecz po chwili przypomniałem sobie zapisane na drzewie słowa 'czytaj dalej!'...
Pełnym smutku i chwiejnym krokiem doszedłem do brzozy dalej. Były tam zapisane słowa 'przeczytaj wszystko a później zrób to co zapisane'. Wszedłem w głąb lasu do następnej brzozy. 'Nie gryź, węsz' na kolejnej zaś było wyryte 'Nie zabij, otwórz' ale tylko co do cholery mam otworzyć i nie zabijać?!!
Po chwili zauważyłem kolejną brzozę z napisem 'Uszak przyjaciel. Rób swoje'. Według wskazówek zacząłem węszyć. Wyczułem słodki zapach krwi. Oblizałem wargi i powędrowałem w stronę tropu. Po kilkunastu minutach odnalazłem Młodego zająca uwięzionego w sidłach. Gdy złoto-rudy zając zobaczył mnie zaczął się rzucać i wierzgać pogarszając tylko swoją sytuacje. Szybko odgryzłem jakiś kawałek metalu stanowiący coś ważnego ponieważ pułapka puściła a królik z ranną łapą zniknął nie wiadomo gdzie w lesie...
--------------------------------
mam nadzieję że się spodobało ponieważ spędziłam przy tym kilka dobrych dni :) nad historią następnego rozdziału jeszcze się zastanawiam ale wiedzcie ze Uszak będzie tutaj ważna postacią ;)
obrazki:
wilczyca z watahy pustyni
'gdzie się wybierasz?!!'
sidła
sobota, 16 sierpnia 2014
problemy z kompem
jeśli przez najbliższy czas nie wrzucę kolejnego posta to oznacza to iż mój laptop znów się popsuł. na razie tylko muli i czasem się zawiesza. dziś nie chciał się włączyć bo był 'błąd w uruchomieniu'. jednak nie oznacza to iż nie będę kontynuować historii Nera. następny post będzie strasznie długi i ciekawy :)
czwartek, 14 sierpnia 2014
Rozdział 4: Tam gdzie jest koniec leży...
Przez kolejny rok nic się nie działo. Byłem jakieś 1,5 raza większy niż wtedy.Moje futro Nabrało rudych barw. Wyjaśniało. Było takie długie jak u jakiegoś owczarka długowłosego. Mimo iż nie byłem spokrewniony z żadnym psem trochę go przypominałem. Mój głos stał się bardzo mocny i przede wszystkim wilczy. Biegałem dużo szybciej niż przedtem, moja wytrzymałość nadal rosła, mój węch natomiast niesamowicie zmienił się. Teraz potrafię wyczuć zająca z odległości 10 km.
Moje życie składało się z wędrówki jedzenia i spania. Tak było przez rok, a stary las ciągle dłużył się i dłużył. Od tygodnia nie padał deszcz czego skutkiem był brak wody czyli od tygodnia nic nie piłem. Jedynie leśne owoce dostarczały mi 'wody'. Sok w leśnych owocach jest dobry, lecz po woli coraz rzadziej odnajdywałem jakiś krzak. Drzewa sosnowe jak i świerki zaczęły powoli zanikać. Na ich miejsce pojawiały się brzozy, ale potem również one zaczęły znikać. Gdzieś tutaj blisko las się kończył. Ogromna dżungla nie mająca końca ma jednak i swój koniec. Mech i igły zamieniły się w trawę, ale nie taką normalną jak rośnie u ludzi na ogródkach tylko taką ogromną, jasno zieloną i sztywną. Później trawa malała i ustąpiła miejsce jasnej ziemi pokrytej delikatnie piaskiem. Minąłem ostatnie drzewo. Usiadłem i spoglądałem w piaskowy i pusty horyzont. Zbliżała się noc. Słońce zaczęło zachodzić, a ja nadal się w to wpatruję. W końcu z miejsca gdzie się przed chwilą wpatrywałem zaczął powoli wychodzić duży księżyc. Czekałem aż wejdzie na swój gwieździsty tron i zacznie patrzeć na las. Był w pełni i świecił jak nigdy dokąd. Wstałem i wziąłem powietrze w płuca. Zawyłem przeciągle i głośno budząc przy tym dwie wrony śpiące na gałęzi pobliskiej brzozy.. W końcu to moje pierwsze wycie do księżyca w pełni od ponad roku. Skończyłem wyć. Popatrzyłem się w księżyc i zacząłem wyć. Na wyciu zleciała mi połowa nocy. Podczas mego ostatniego wycia z nieba spadła gwiazda. To był dla mnie znak by znów ruszyć przed siebie. Pomyślałem o mojej dawnej watasze i szybko zerwałem się z miejsca i popędziłem jak najszybciej tnąc najpierw lekko piaszczystą glebę by później wkroczyć na terytorium prawdziwej Pustyni. Im dalej pobiegłem tym bardziej chłodne noce pustyń dawały mi się we znaki. Po kilku minutach biegu wszystko zaczęło być jak przed biegiem; kiedy wyłem. Może to przez to iż się rozgrzałem, a może dlatego że znów popatrzyłem na księżyc i znów zauważyłem spadającą gwiazdę? Sam tego nie wiem. Być może magia naprawdę istnieje, ale jedno jest pewne: muszę biec dalej!
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Rozdział 3: Po tygodniu
Biegłem już od tygodnia w poszukiwaniu nowego terenu. Moje rany po bitwie z Rubinem dawno się zagoiły. Mimo jego agresji dalej tęskniłem za moją dawną watahą. Lecz życie toczy się dalej. Teraz biegnę przez stary i piękny las. Jest południe, a ja nic jak do tej pory nie jadłem. Zacząłem węszyć z nadzieją na jakieś dobre jedzenie. Węszyłem, węszyłem i... nic. Ten las musiał już dawno temu być opuszczony. Poszedłem dalej. Znów zacząłem węszyć. Dalej nie dawało to żadnych rezultatów. W tym lesie nie było jedzenia. Kolejny raz spróbowałem szczęścia kilka kilometrów stąd. Poczułem lekki,słodki zapach dzikich malin. Powinno starczyć, aby zaspokoić wilczy głód. Powinno. Poszedłem tropem wskazanym mi przez nos. Zastałem średniej wielkości kolczasty krzak na którym usadzono wiele małych różowych kropek. 'To pewnie maliny'-pomyślałem. Mimo iż znałem je z zapachu i wyglądu nigdy nie widziałem ich na krzaku.
Podszedłem i zerwałem pyskiem jedną. Natychmiast odskoczyłem i próbowałem wyciągnąć kolec który wpił mi się w dziąsło. Zacząłem doceniać swą matkę która przynosiła maliny na słodki deser gdy byłem jeszcze szczenięciem. Spróbowałem ostrożniej sięgnąć po inną. Udało mi się. Miałem w ustach słodki smak maliny. Obżarłem cały krzak. Było trochę trudno ponieważ miałem w pysku jeszcze pięć kolców. Podrapałem się nogą za uchem i wywęszyłem jeziorko. Podbiegłem nad brzeg jeziora będącego sercem lasu i umyłem malinowe rany. Zbliżał się wieczór. Postanowiłem iż zostanę tutaj na noc. Wykopałem sobie małe zagłębienie w lesie tak jak to robią domowe kury, zwinąłem się w kulkę i zasnąłem. Wstałem wcześnie rano i od razu udałem się nad jeziorko. Wszedłem do wody, do pasa. Złapałem małą rybkę. Połknąłem ją w mgnieniu oka. Za chwilę jednak popłynąłem w głąb jeziora wypatrując jakiejś większej ryby. Wzrok mnie nie mylił. Po chwili miałem na oku młodego karasia. Zanurkowałem szpiegując rybę. Leniwie popłynąłem w głąb błękitnej paszczy w kierunku karasia. Miałem jedną szansę. Przyspieszyłem pływając i wbiłem kły w swą ofiarę. Ryba zaczęła mi się wyrywać. Zacisnąłem mocniej szczęki. Z pyska ryby wydobyło się kilka bąbelków powietrznych. Zacząłem również ja tracić powietrze. Ostatkami sił wynurzyłem się na powierzchnie. Wypłynąłem na brzeg po czym puściłem ledwo żywą rybę na piasek i zacząłem ciężko dyszeć. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy, a ryba zniknęła! Powęszyłem, przecież sama z siebie nie odpłynęła do jeziora. Była zbyt słaba i zauważyłbym krwistą wodę. Wyczułem lisa. Kierował się na zachód od jeziora. Poszedłem jego tropem. Tropiłem złodzieja przez dobre dwie godziny aż znalazłem jego norę. Przysiadłem obok wejścia i nasłuchiwałem co gadają.
- ale on głupi!- krzyknęła lisia kobieta
-no i do tego nawet mnie nie tropił!-powiedział lis-chyba go mamusia nie nauczyła!-dodał
usłyszałem głos jeszcze dwójki lisów. Dwa małe lisiątka śmiały się w najlepsze nie podejrzewając iż za rogiem siedzę ja. Do śmiechu dołączyli jeszcze ich rodzice. Nerwy mi puściły. Zacząłem warczeć za norą. Widocznie już mnie zwietrzyli gdyż nastała cisza. Powoli wszedłem do ich nory. Lisy trzasły się ze strachu. Złodziej rzucił mi pod nos zdechłego karasia i kazał mi się wynosić. Zbliżyłem się do ryby i wygryzłem pół filetu. Oblizałem pysk i podszedłem warcząc do złodziejskiego lisa.
- Siódme: nie kradnij- szepnąłem i wyszedłem.
Pobiegłem dalej przez las. Biegłem aż do wieczora. Znalazłem starą, skalną jaskinię. Położyłem sie w jej prawym boku i zasnąłem.
piątek, 8 sierpnia 2014
Banner bloga
zrobiłam dziś banner. oto on:
EDIT 26.08.2014
tydzień temu dodałam jeszcze jeden banner:
kody do nich można znaleźć w zakładce 'reklamuj'
EDIT 26.08.2014
tydzień temu dodałam jeszcze jeden banner:
kody do nich można znaleźć w zakładce 'reklamuj'
Rozdział 2: To nie ma sensu...
Po tygodniu zaczęliśmy śmielej odkrywać nasze terytorium. Powoli rozwijał nam się węch i słuch. Słyszeliśmy i czuliśmy zapachy dobrze, ale matka i ojciec mówią, że będzie jeszcze lepiej. Gdy usłyszała to złota Lisha aż podskoczyła. Rubinowi było to obojętne. Szary wilczek wolał leżeć cały dzień do góry brzuchem i bezsensownie patrzeć na drzewa,niebo czy też ptaki. Ja i Lisha woleliśmy zabawy i spacery. Czasami ojciec przynosił na pół żywe stworzonka, abyśmy mogli pod szlifować swe umiejętności łowieckie. Z czasem rodzice zaczęli uczyć nas nowych sztuczek, polowań lub tropienia. Tak minęły nasze młodzieńcze lata. Teraz jesteśmy już dorośli. Każdy z nas miał po 2 lata. Każdy miał inny charakter. Ja byłem dosyć poważny,miły,czujny,podczas polowań zabijałem niechętnie,ale takie już prawo natury. Lisha była wiecznie zakręcona i zabawna, lecz gdy poluje zadaje śmiertelne ciosy i nie ma przy tym litości. Rubin natomiast... ach Rubin... Nic się w nim nie zmieniło. Dalej był leniwy, chamski i nie wiem dlaczego zawsze nas unikał. Nigdy nie był na żadnym z polowań w których uczestniczyliśmy my, więc rodzice dawali mu osobne lekcje, na których zawsze nawalał. Pewnej nocy przesadził. Kiedy szedłem przez las do naszej nory coś mnie złapało za kark i przewróciło. To był Rubin. Wyśliznąłem się z uścisku i złapałem go za tylną nogę. Ten pisnął i rzucił się na mnie. Rozpoczęła się walka na kły i pazury. Przez dziesięć minut próbowałem złapać gardło przeciwnika. Na darmo. Rubin unikał moich ciosów i bronił się kłami. W końcu się udało. Chwyciłem go śmiertelnie za gardziel i nie zamierzałem puścić. Rubin piszczał. Z gardła przeciwnika lała się krew. Puściłem ledwo żywego i mocno przygniotłem do ziemi. Po chwili warknąłem:
- i po co ci to było?!
- (kaszle)... (kaszle)... N-n-n nie (kaszle)... c-cierpię ci-cię (kaszle)...
Puściłem go i odszedłem. Reszta na pewno się nim zajmie i wyleczy. Nie miałem ochoty na przebywanie w jednej watasze z tym oszalałym leniem. To nie ma sensu... Przebywanie tam nie ma sensu... Musiałem odejść i to jeszcze tej nocy. Mimo kilku moich ran i zranionej nogi mogłem odejść z tej watahy. Przypomniałem sobie wszystkich jej członków: mnie,matkę,ojca,Rubina i... Lishę. Moją siostrę i równocześnie najlepszą przyjaciółkę. Nie mogłem tak jej zostawić, a przynajmniej bez pożegnania. Wyobraziłem sobie jej smutną mine gdy nigdzie nie może mnie znaleźć. Jej łzy. Jej smutek. Jej tęsknota. Musiałem to dla niej zrobić. Musiałem się z nią pożegnać. Pobiegłem do jej nory. Dawno spała. Polizałem ją po pysku. Obudziła się i zaspana zapytała:
- Co ty tu robisz? (ziewa) jest noc idź spać.
- Nie mogę. Odchodzę.
- GDZIE?!-zerwała się.-i co ci się stało?-spostrzegła
- Nie wiem, ale jak najdalej od Rubina. Ta noga i inne rany to też jego sprawka.
- Jeśli chcesz iść. To proszę bardzo.-powiedziała obojętnie.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy.-odpowiedziałem i wtuliłem się pyskiem w jej futro. Ona powtórzyła czynność.
- Trzymaj się.- złagodniała
Po tych słowach wyszedłem z jej nory i pobiegłem przekraczając granice naszego terytorium. Teraz nie należę do żadnej watahy. Teraz biegnę tam gdzie mnie łapy poniosą...
--------------------------
Rubin atakuje nera
taką minę miała jasno złota Lisha, gdy usłyszała że Nero odchodzi z watahy.
zdjęcia pochodzą z off-white.eu gorąco polecam ten komiks!
Rozdział 1: Młody wiek (prolog)
Nasza wataha była bardzo mała. Ja, siostra złota Lisha, szary brat Rubin i rodzice.Biało-ruda krótkowłosa matka i czarny długowłosy ojciec. Byliśmy tam bardzo szczęśliwi lecz Rubin po woli stawał się coraz dziwniejszy i coraz bardziej zaczął nie lubić mnie(Nero) i Lishy.
Rubin na co dzień leniwy stawał się coraz bardziej wredny,ale o dziwo tylko do nas...
Wkrótce szary wilk zaczął nas unikać, lecz nie na długo. Czasami rozpoczynał ze mną bójkę, a czasami targał za futro innych członków watahy.
Kiedyś ojciec nie wytrzymał... Wypowiedział jakieś słowo, a jego ciemno czarne oczy nabrały czerwonych barw. Zawarczał na szarego i złapał go w pysk po czym rzucił daleko w piach.
Oczy ojca wróciły do dawnego koloru. Podszedł do Rubina i liznął go po mordce. O dziwo Rubin znów zaprzestał atakom i zaczął nas unikać. ale czy na długo?...
-------------
rozdział odświeżony.
witam
witam wszystkich. tego bloga poświęcę wilkowi Nero. Posty będą pojawiały się jak tylko je skończę :)
już niedługo 1 rozdział!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.gif)





