czwartek, 25 grudnia 2014

R 13: Cos całkiem nieprzewidzianego...




     Od czasu do czasu coś zaszeleściło w krzakach, warknęło, skrzypnęło,. Cały czas w gotowości oglądaliśm się za siebie i powarkiwaliśmy. Zwierze nie zaprzestało czyhania na nas, ale i również nie raczyło zaatakować. W którymś momencie ucichło. Jakby wyparowało. Czekaliśmy dziesięć minut w stanie 'agresji'.  Nic. Cisza. Zrezygnowaliśmy z dalszego marnowania czasu i ruszyliśmy dalej.
     Nie minęła minuta gdy udało mi się spostrzec na niebie jakiś cień. Był za duży na ptaka.  Z oddali lekko zielonkawy. Zbliżał się bardzo w naszym kierunku i Stanął w powietrzu tuż przed nami jak wryty. Nie ruszaliśmy się z nnadzieją że nas nie zauważy.
     Teraz widziałem go dokładnie. Ciemno zielony, pokryty grubymi łuskami potwór. Jasnobłękitne oczy świecące jak oszalałe i okropny pysk pełen różnorakich blizn. Ogromne lekko podziurawione skrzydła nadały mu więcej straszności i równocześnie gdyby byłyby wysoko (z nim) w powietrzu sprawiały wrażenie jakby on sam był ptakiem. Nie miał czterech łap. Przednią parę stanowiły skrzydła a jego tylne nogi były masywne, nosiły ogromne trzy pazury na każdą nogę.
     Otworzył pysk i zaczął przemowę:

     -Kraasalge guonuan as? Fus a tong graan dir weaf!- po czym zionął ogniem.

      Odskoczyłem ogniu z drogi lecz Tedi nie wyskoczyła. Stała jak wryta dając się parzyć ogniu. Przez jeszcze kilka sekund stwór zionął ogniem po czym wzniósł się wysoko w powietrze i rycząc poleciał w stronę reszty watahy.
     Wilczyca jeszcze chwilę się paliła po czym tłumiąc ogień otrzepała się w pełni sił i powiedziała:

     - Ogniu się nie dam. Następnym razem niech pomyśli nim zaatakuje wilka ognia!

     Wpatrywałem się dalej w kierunku lotu potwora.

     - Wiesz... Lepiej ostrzec watahę... Liczę na twoją szybkość.

     - Nie idziesz do nich ze mną?

     - Nie, muszę znaleźc złodzieja.

     Po tych słowach wyruszyła ostrzec resztę. Po chwili tajemniczy obserwator wznowił swą obecnosć i wyszedł z krzaków... Jego oczy jasno lśniły jasno fioletowym kształtem a on sam wyglądał jakgdyby był wyryty z ametystu. Niesamowite... Nagle przypomniałem sobie ważną rzecz... Czy to wilk KRYSZTAŁU?  USZAK?!...

-----------------------------

dziękuję za czytanie :) nastepny post bodajże w poniedziałek ;)

wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych :)


good morning! święta, święta i po laptopie...

no więc sorka za tę nieobecną chwilę, ale mój laptop znów swoje pokazał... graficzna i procesor do wymany [*] no więc udało mi się ubłagać rodziców na nowy no w sumie... nie taki nowy ale ma dobry i mocny procesor :D następny post będzie hitem. będzie tam coś czego sie nawet nie spodziewacie a ukaże się on w czwartek :)

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 12: Znikająca sarna



R. 12: Znikająca sarna

                                            tymczasem u Bakusa i Tedi


    -Niemożliwe!-krzyknęła Tedi- Nie ma jedzenia!

    - Co? Przecież dopiero co upolowaliśmy młodą sarnę!- powiedział Bakus

    -Mówiłam ci aby nie zosawiac jej samej, ale ty zawsze chcesz polowac więcej!

   - Spokojnie zaraz znajdę drugą. Nie masz się co martwic.

    - Ymmffrr... Nie znajdziesz. Wszystkie przegoniłeś.

   - W sumie... racja. No to zostają nam małe zwierzęta.

    - Niewiele, ale zawsze coś czyż nie? No to na łowy.- powiedziała i wskazała wilkowi drzewo pełne wiewiórek. Bakus zdziwił się jej zachowaniem i rzekł:

    - I ty myślisz że ja mam latac po drzewach?- Powiedział zażenowany a wilczyca zrobiła chytry uśmieszek.- Jeśli tak to mylisz się, siostra!
   
    - Nie zapominaj kto zgubił obiad. No już! Jazda na drzewo!

    - To do mnie czy koło mnie?!- Warknął Bakus

    - No jasne że do ciebie!- Krzyknęła rozwścieczona Tadefu

    - Co ty dzisiaj taka wredna? Tedi nie poznaje cię.

    - Daj mi spokój i zabierz się za te wiewiórki bo pouciekają.- Powiedziała po czym położyła się na małą, zieloną trawkę. Bakus przytaknął , mruknął cicho ''uspokój się złapie te wiewiórki''  zaczął skradac się ku bawiącym się na drzewie wiewiórką. Te nie zauważyły go, zaś ten rzucił się ku jednej z gałęzi. Był już na niej. Wtem na wyższą gałąź bezszelestnie wleciał  ptak. Wiewiórki obejrzały się za siebie za siebie i ujrzały czarnego kruka na jednej z gałęzi. Pomyślały iż tylko ptak wylądował na ich drzewie i znów zaczęły się bawic. Bakus zaś skoczył na jedną gałąź niżej. Ostrożnie podszedł do kory drzewa i oparł plecy. Kruk podleciał na jego gałąź i usiadł równolegle do niego. Przypatrywał się szaro-złotemu wilkowi swymi czerwonymi oczyma. Bakus zaś mu cicho szepnął: 'Dzięki za uratowanie skóry. Kruku gdybyś się nie zjawił na tej gałęzi stracilibyśmy jedzenie i musielibyśmy przez ten dzień lub dłużej głodowac... Jeszcze raz dzięki.'' . Ptak kraknął cicho jak gdyby powiedział mu 'Nie ma za co' i natychmiast odleciał z drzewa głośno kracząc. Bakus śledził jeszcze wzrokiem jego lot po  błękitnym niebie, lecz nagle przypomniał sobie o sześciu wiewiórkach które są tuż za nim, a które niczego się nie spodziewają. Ostrożnie wysunął łapę na gałąź na której szóstka wiewiórek zobaczyła czarnego ptaka. Wszedł na nią i ujrzał owe wiewiórki jedzące teraz orzeszki. Były odwrócone do niego tyłem więc najstarszy wilk bardzo ostrożnie podszedł do nich.
     Tedi obserwowała wszystko. Była pewna że starszemu bratu nie uda się lecz gdy zobaczyła iż ptak ratuje ich od głodówki była już pewna iż Bakus podoła wyzwaniu bo teraz przecież jego a wiewiórki dzielił tylko pień drzewa. A na dodatek sześc wiewiórek rozpoczęło ucztę! ''Nie ma bata uda się!''-pomyślała

                                                   U Nera, Khy, Lishy i Jaspera

    Usiadłem na przeciwko ścieżki którą jak mówiła Khyariin poszli moi przyjaciele. Kiedy Lisha i Khyariin zaprzyjaźniały się, a młody Jasper próbował zwrócic na siebie uwagę równie młodej biszkoptowej wilczycy o jasnym pręgowaniu, ja czekałem na Bakusa i Tadefu. Niedługo potem usłyszałem głośne krakanie kruka.
    Owa ptaszyna leciała w moim kierunku. Wylądował na przeciwko mnie i krakał. Zauważyłem czerwone oczy to był kruk-cień. Po chwili moje oczy również zaświeciły na czerwono i po chwili zacząłem rozumiec jego mowę:

     - Znikająca sarna! Wiewiórki! Szaro-złoty wilk! Szaro-czarna wilczyca! Niebezpieczeństwo! Rubin! Tobie Pomóc! Kryszt-kra! kra! kra!- i tyle zdążyłem zrozumiec gdyż po chwili 'czar' mijał .
    Zawołałem moich pozostałych, trzech przyjaciół lecz za chwilę na drodze zjawili się Tedi i Bakus. Każdy z nich miał w pysku po trzy wiewiórki.

    - Czyli dlatego nas zawołałeś! Bakus i Tedi wrócili ze śniadaniem!- powiedziała uradowana Khyariin

    - Nie no bo to nie dlatego...- Powiedziałem lecz jej już nie było

     Tadefu położyła swoje wiewiórki na ziemie przy Bakusie a ten zrobił to samo, a Tedi szybko ruszyła przed siebie i zahamowała przede mną.

     - Gdzieś ty był?- spytała łagodnie

     - Po przyjaciół. Silna wataha to liczna wataha, a gdy tak na przykład zaatakują nas ludzie to po czyjej stronie będzie przewaga?- spytałem zmieniając trochę całą historię ponieważ pojawienie się Lishy i Jaspera to czysty przypadek.

     - Po naszej w końcu nasza trójka ma moc ognia, ale każdy z nas będzie bardzo szczęśliwy mając chocby o jednego przyjaciela więcej. Kim są nasi nowi przyjaciele?- spytała

    - To moja siostra Lisha i jej przyjaciel Jasper.

    -No dobrze ktoś głodny?- Przerwał Bakus stojący obok sterty wiewiórek. - Dla każdego po jednej.

     Podczas gdy Khyariin,Lisha, Jasper i Bakus wzięli i zjadali właśnie swoje porcje Tedi zagadała:

     - Dzisiaj ktoś zwędził nam naszą sarnę i musimy zadowolic się tymi wiewiórkami. Jestem zażenowana! Czy pomożesz odnaleźc złodzieja?- spytała

     - No jasne. Już teraz mam pewne podejrzenia, ale jest problem: nie znasz tego kogoś więc pójdę sam po śniadaniu. zgodzisz się na to?

     - Hmmm... Nie zgadzam się. Jeśli ja go nie znam to ty pewnie też. Pójdę z tobą po dobroci albo po złości.- Powiedziała krzywiąc pysk.

     - Co jak co, ale Tadefu dzisiaj łatwiej wprowadzic w agresje niż wczoraj więc miej się na baczności Nero.- Powiedział Bakus obgryzając wiewiórcze kostki z mięsa.

    - OK- powiedziałem do dwojga i ruszyłem w stronę wiewiórek. Wziąłem jedną i błyskawicznie zjadłem. Tedi zaś jeszcze się z nią męczyła.
     Powoli zbliżał się wieczór. Wszyscy zjedliśmy to co mieliśmy zjeśc i szykowaliśmy się do snu. No ja i Tedi raczej nie bo planowaliśmy wyjśc na poszukiwanie złodzieja gdy wszyscy już zasną więc udawaliśmy tylko że śpimy. Gdy upewniliśmy się że reszta watahy już dawno zasnęła i nic ich nie obudzi. Szliśmy po ciemku. Prawie nie było nic widac. Gdy któreś z nas się zgubiło drugie łatwo je odnajdywało po blasku złotych i ciemnobrązowych oczu. Wkrótce dałem Tadefu znak by się zatrzymała i była czujna-coś tu jest...

----------------------

mam nadzieję że sie wam spodoba (po rozdział 11 nie był za bardzo fajny bo był pisany na szybko).
ten post napisałam kompletnie bez pomysłu na niego XD widac wena mnie nie opuszcza :)
a iten obrazek na samej górze to tak na szybko więc nie ma tam dokładnych kolorów moich wilków. Przedstawia to Nera i Tedi biegnących nocą. Rysunek zrobiony w Paint'cie.

czwartek, 13 listopada 2014

*the computer awary*

ok.mój kopmuter niedawno się popsuł (tragedy...) a więc nie mama pojęcia kiedy dokończę bloga (niedługo).

poniedziałek, 13 października 2014

czwartek, 9 października 2014

pierwszy odświeżony rozdział

skończyłam właśnie rozdział 1. jest o wiele krótszy, ale mam nadzieję że lepszy. został mi do odnowienia jeszcze rozdział 4. poprawię błąd i może coś dodam...

a i jeszcze mam dla was świetną gierkę:
ovipets.com


poniedziałek, 6 października 2014

Rozdział 11: Powrót


Rozdział 11: Powrót



     Lisha wtuliła się w jego białe futro. Po chwili i on Przytulił się do wilczycy. Lisha po kilku sekundach zaś złapała jego prawe ucho i lekko pociągnęła. Odskoczyła i zaczęli się zabawnie ganiać.
     Usiadłem obok drzewa i oglądałem jak się ścigają. Po chwili jednak Jasper zauważył mnie i zaprzestał zabawy. Podszedł bliżej.
     Nie był on do końca biały. Miał czarne uszy i końcówkę ogona. Na lewej łapie miał zaś małą, rudą plamkę w kształcie rombu.   Radzimy włączyć muzykę (1.11)      
     Młody około 2 letni wilk zamerdał ogonem po czym wrócił do zabawy ze złotą wilczycą.
     Po kilku minutach wszyscy wyruszyliśmy na poszukiwania mojej watahy. Szedłem przodem, za mną Lisha i na końcu Jasper. Biegliśmy przez lasek jak w niebo wzięci.
     W jednej chwili zauważyłem małą sarenkę biegnącą w tę samą stronę co my. Dałem znać wilkom iż mają szykować się do ataku. Zaatakowaliśmy i sarna juz leżała. Napełniliśmy brzuchy i wyruszyliśmy przed siebie.
     Biegliśmy i biegliśmy. Po półgodzinnym biegu usłyszeliśmy szum wody. Pobiegłem sprawdzić czy jest bezpiecznie. Przeskoczyłem przez krzaki, a moim oczom ukazała się szeroka i długa rzeka. 'Woda!' krzyknąłem po czym napoiłem gardło.
     Z krzaków wyskoczyły dwa wilki równocześnie. Lisha i Jasper. Złota podeszła do wody i zaczęła chłeptać wodę. Jasper nie pił. Usiadł na trawie i obserwował Lishę. Zaczął się do niej skradać i wepchnął ją do wody. Wilczyca zaryła nosem w wodę. Szybko wstała, otrzepała się, warknęła 'szmaciarz' i zaczęła gonić białego wilka. Szybko udało jej się zwabić go w ślepy zaułek. Znienacka  złapała go za ucho i ciągnęła. 'Przeproś' warczała. Wilczek piszczał lecz w końcu ustąpił. Ta natychmiast go puściła i ruszyliśmy dalej.
     Biegliśmy wzdłuż rzeki. Piękny wodnisty zapach powoli wypełniał nasze nozdrza. Słońce coraz bardziej świeciło ogrzewając nasze grzbiety. Biegliśmy wiele kilometrów aż nagle mnie zamurowało...
     Zatrzymałem się a reszta wpadła na mnie przewracając mnie (i siebie) w piach. Wstałem i karciłem:

     - Co wy sobie wyobrażacie?! uważniej! Mamy tutaj bardzo ważny trop a wy biegniecie na ślepo i nawet nie raczycie hamować!      Music stop, please.

     Wilki szybko wstały z ziemi. Lisha miała opuszczoną głowę. Młody zaś zrobił 'tłuste oczy'.

     - Sorry. Poniosło  mnie. Lisha musisz koniecznie to zobaczyć. - powiedziałem

     Wilczyca poszła za mną. Zaraz jednak dołączył do nas również Jasper

     - Widzisz te ślady? Sądzę że należą one do jednego z członków mojej watahy.

     - Ymm... Jak duża jest ta 'twoja wataha'?- spytał Jasper

     - Prócz mnie są jeszcze trzy wilki, a co?

     - Nie nico tak się pytam.

     Postanowiłem iść za śladami. Pozostała dwójka również szła ze mną. Trop ciągnął się i ciągnął aż zaczął skręcać w głąb lasu. Szliśmy jakieś 20 metrów w głąb aż mój nos zwietrzył młodą wilczycę. Być może Tadefu lub Khyariin albo może... jakąś nieznajomą. Na tę chwilę nic jeszcze nie wiedziałem. Byłem za daleko.

     - Mam!- Krzyknąłem- Za mną!

Music start, please.
     Ruszyłem przed siebie wąską ścieżką wydeptaną przez wilki. Moi towarzysze zorientowali się o co chodzi kilka sekund później. Biegli jak najszybciej potrafili lecz nie mogli mnie dogonić.
     Spojrzałem w jasne niebo zasłaniane lekko przez drzewa. Latało kilka ptaków. Pobiegłem jeszcze szybciej(z trudem). Wkrótce zapach stał się tak jasny iż wiedziałem już kto to jest. Ta cicha wilczyca...
     Wybiegłem z krzaków i dotarłem do ogromnego drzewa. Spojrzałem pod drzewo. Jasna urządziła sobie pod nim drzemkę. Podszedłem do niej po czym dźgnąłem ja nosem:

     - Khyariin... Khyariin obudź się.

     Wilczyca szybko obudziła się spłoszona po czym ugryzła mnie w nos.

     - Hej to ja!- szczeknąłem

     Szybko puściła po czym dodała:

     - Nero? Przepraszam!- krzyknęła

     - Nie przepraszaj. Gdzie jest reszta?

     - Na polowaniu. Gdzie byłeś?

     - Szukałem członków do watahy.

     - I znalazłeś kogoś?

     - Ależ oczywiście.- Powiedziałem po czym zawyłem.

     Zabłąkane wilki przybiegły po dziesięciu minutach. Jasper był zdyszany. Lisha była wręcz nawet nie zmęczona. Po chwili Jasper podniósł głowę i zobaczył Khyariin... Natychmiast się ogarnął i cicho wyszeptał 'piękność...' .

     - Kiedy wrócą?- spytałem się wilczycy.

     - Dopiero wyruszyli. Przy szczęściu będą za godzinę jeśli nie za 2-3.

     - Khyariin. To jest moja siostra Lisha a ten biał y to Jasper. Szanowni państwo to jest Khyariin wilczyca ognia.- powiedziałem

sobota, 4 października 2014

odnowienie postów


     uwaga! w ciągu tego miesiąca planuje odnowienie starych rozdziałów. Popracuję nad treścią większości postów z sierpnia, ale nie bójcie się do jutra dodam rozdział 11. To na tyle pa!


poniedziałek, 29 września 2014

Rozdział 10: Przyjaciel


Rozdział 10: Przyjaciel



     Szliśmy już kilka naście godzin w poszukiwaniu mojej watahy. Zbliżał się wieczór.  Siostra i ja teraz musieliśmy szukać jaskini by rano móc kontynuować poszukiwania watahy.
     Wkrótce jednak udało nam sie odnaleźć małą jaskinie. Była to mała i ciasna, ale dobra jaskinia. Wokół niej rosło wiele krzaków i drzew, co oznacza iż nikt jej wcześniej nie odkrył.
      Położyliśmy się spać. Lisha dawno spała, a ja wpatrywałem się w gwiazdy. Wypatrywałem księżyca schowanego za jedną z kilku ciemniejszych chmur.
     Po kilkunastu minutach chmura zaszła odsłaniając śnieżno biały księżyc. Odetchnąłem z ulgą gdyż pamiętam iż ostatniej nocy księżyc był złoty i zmusił mnie do przemiany w wilka-cienia.
     Zastanawiałem się kim był ten rozszarpany wilk. Pamiętam że miał na sobie zapach Lisha'y, lecz ja gościa nie znałem.
     Zamknąłem oczy chcąc zasnąć lecz nie mogłem. Popatrzyłem się znów na gwiazdy. Świeciły jasno na teraz czystym od chmur niebie. Lecz nie dało mi to spokoju. Wciąż pamiętałem słowa Rubina; 'teraz walka była by nie fair.' Ale jak to nie fair? Chodziło o to że Rubin po prostu boi się mej mocy, czy też dla niego byłaby to zbyt łatwa walka? Nie wiem i mam nadzieje że chodziło o tą pierwszą wersję. On zawsze taki był. I jeszcze do tego te zakopane jelenie. Nikt z naszej watahy nie wiedział dlaczego i kto je tam zakopał. Czuję iż nie był to czyn jakichś dobrych istot. Może Rubin? Nie. Nie upolowałby kilku jeleni zupełnie sam.
     Po kilku minutach za plecami usłyszałem głos Lisha'y.

      - Coś cię trapi?- powiedziała kryjąc smutek.

     - Nie, przywidziało ci się.- odpowiedziałem.

     - A więc co robisz?- spytała

     - Ja? Ja patrzę na gwiazdy i myślę o mojej watasze. O Tadefu, Khyariin i Bakusie.

     - Wiesz... Wtedy jak odszedłeś od naszej watahy Rubin gnębił mnie jeszcze przez kilka dni. Potem zniknął. Szukaliśmy go wszędzie ale ślad po nim zaginął. Po tygodniu pomyślałam iż poszedł cię odszukać i wyruszyłam by cię ostrzec. Szukałam cie wszędzie aż na niebie spadły dwie gwiazdy. Zrozumiałam że on planował to od dawna. Chciał aby rodzice zostali sami  bo dobrze wiedział że rozwaliłabym go w dwie sekundy. Zabił ich i przejął moc ojca. Jakieś kilka dni temu spotkałam wilka. Był cały biały, miał złoto-niebieskie oczy. Nazywał się Jasper. Wydawał mi się mądry i uczciwy, ale był narwany. Opowiedziałam mu wszystko i ruszyliśmy aby powiedzieć ci iż Rubin ma moc i planuje zwiększyć jej siłę zabijając ciebie. Wczoraj zobaczyliśmy wilka-demona. Było ciemno nie wiem czy mój opis jest dokładny... Był ogromny i miał wybitne futro na szyi jak lew. Jego głowa trochę przypominała głowę egipskich anubisów lub szakala nie wiem, ale wiem to iż miał długie szpiczaste uszy. Jego oczy świeciły na czerwono. Uwierz mi bo pewnie nigdy nie widziałeś tak mocno świecących oczu. Stał na polanie i parzył się w biały księżyc. Jasper myślał że jest to Rubin i powiedział mi o tym. Mówiłam mu żeby lepiej zostać w ukryciu, ale nie posłuchał mnie. Rzucił się na czarnego wilka a ten rozszarpał jego śnieżne futro i po chwili wszystko było we krwi. Gdy ten myślał że Jasper nie żyje, mój przyjaciel drapnął go pazurem w oko. Ogromny wilk bardzo się wkurzył. Chwycił za gardło i ścisnął aż połamał mu kości. Potem popatrzył się w stronę krzaków w których się ukrywałam. Uciekłam i zaszyłam się w najbliższej norze. Potem zaczął padać deszcz...Gdy skończyło padać wybiegłam z nory i resztę już znasz...- powiedziała. Gdy wypowiedziała ostatnie zdanie poleciała jej łza.

     - Przepraszam. Nie kontrolowałem postaci cienia...- mruknąłem

     - Nie musisz przepraszać. Jasper zbyt wiele dla mnie nie znaczył...- Powiedziała po czym zawyła pełnym smutku głosem. Dołączyłem do niej.

     - Spróbuję jutro coś z tym zrobić.- szczeknąłem

     - Dziękuję.- odpowiedziała

     Po kilku minutach położyliśmy się spać. Ona zasnęła szybko lecz ja miałem mały problem z zaśnięciem. Lecz w końcu udało mi się wejść do krainy snów.

     Szedłem jako cień pośród wysokich drzew. Był 'dzień'. Wprawdzie pochmurnie lecz owe chmury były białe. Po kilkunastu minutach odnalazłem łąkę. Usiadłem na środku i zawyłem. Pełen grozy głos szybko przyciągnął masę kruków. Ptaki wylądowały przy mnie po czym ukłoniły się. Ruchem głowy dałem im znać by poszły stąd precz. Lekko przestraszyły się i usiadły na gałęzie. W końcu ryknąłem. Uciekły rozpływając się w powietrzu...

     Obudziły mnie wesołe krzyki Lisha'y. 'No, chodź! No chodź już! szybko!' krzyczała uradowana skacząc i merdając ogonem jak szalona. 'Juz, już' odpowiedziałem jej. Wyszliśmy z nory.
     Był piękny i słoneczny poranek. Na niebie nie było ani najmniejszej chmurki. Wróble i inne ptaki śpiewały radośnie swe pieśni.
     Wilczyca prowadziła mnie przez leśną ścieżkę. Po kilku minutach odnalazła bardzo malutką polanę. Gdzieś tam na boku leżało ciało martwego wilka.

     - Proszę...- warknęła

     - Nie proś. Nie musisz.

     Znalazłem martwego wilka. Podszedłem do jego szyi i przyłożyłem nos przymykając oczy. Wypowiedziałem magiczne 'Dariri'. Po chwili przez moją głowę przebijały się Masy różnych obrazów z życia białego wilka. Po godzinie ustało. Szybko podniosłem głowę i odwróciłem się do siostry.

     - I jak?- spytała.

     - Nie wiem... Chyba się nie udało...- Powiedziałem

     - Co się nie udało?- usłyszałem głos za sobą. Po chwili ujrzałem białego wilka zupełnie bez ran. Uśmiechał się do nas i merdał ogonem. Lisha podziękowała mi serdecznie i pobiegła by rzucić się w jasne futro zdezorientowanego wilka.


--------------------------

Koniec rozdziału 10 ;)

i jako że jest to 10 post daje bonus:

http://godspack.com/archives/comic/c21p4

komiks :)

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 9: Z głębi pamięci-pierwsza walka

9: Z głębi pamięci-pierwsza walka
Radzimy włączyć muzykę.



     Jeszcze chwilę popatrzałem się na martwego wilka. Z prawego oka wolno płynęła krew.  Zbierało się na deszcz. Z pewnością nie będzie to mały deszczyk. Patrząc się zdrowym okiem w chmury dostrzegłem w oddali piiorus spadający na ziemię. W jednej z chwil poczułem dosyć znajomy zapach pochodzący z... ciała martwego wilka! Wilka nie znałem choć czułem znajomy wyparty z mojej pamięci rok temu zapach... Nie mógł być to Rubin ponieważ to całkiem inny zapach...
     Odszedłem kilka kroków od zdechłego osobnika. Położyłem się w wielkiej trawie pod wierzbą. Leżałem myśląc o mojej nowej watasze i o tym co stało się poprzedniej nocy.
     Gdzieś nie daleko walnął piorun. Było go słychać i widać. Nagle zaczęła się ulewa. Deszcz padał przeszywając na wylot liście wierzby. Wybiegłem z pod drzewa. Woda lała się na me długie futro.
     Ruszyłem przed siebie. Mknąłem szybko niczym wiatr przedzierając się przez wodny huragan. Nie robiłem sobie nic z widoku 'na jedno oko'.
     Biegłem szybko uważając na każde drzewo czy gałązkę. Bezszelestnie. Czując na sobie każdą kroplę deszczu, wyczuwając każdy zapach.
     Deszcz ustępował lecz biegłem dalej. W końcu ustąpił on całkowicie miejsce, które zajęła biała mgła. Nie mogłem nic zobaczyć. Przystanąłem. Położyłem nos przy ziemi i zacząłem węszyć.  Poczułem dosyć znany zapach. Zapach ów zostawił na sobie zamordowany wilk. Szybko podniosłem pysk.
     Obnażyłem kły i najeżyłem futro gotów do ataku. Usłyszałem pojedyncze warknięcie tuż za sobą. Obejrzałem Się  Nic. Kolejne warknięcie tuż przed sobą. We mgle ujrzałem parę świecących na zielono oczu. Po chili z białego pyłu wyłonił się wilczy, szary pysk ze starą rana najwidoczniej po pazurach dużego kota. To był pysk Rubina. Wilk miał obnażone kły tak jak ja. Mgła ustała całkowicie. Powoli zbliżał się ku mnie. W końcu stanął:

     -Długo czekałem na tę chwilę... A wiesz dlaczego?- Warknął-  Moja siła nie jest tak idealna jak twoja, ale będzie już nie długo... a może za chwilę? Pewnie pytasz dlaczego? A ja ci odpowiem: BO CIĘ ZABIJĘ!- szczeknął i się na mnie rzucił. Wbił kły w moją szyję. Objąłem łapami jego szyję i głęboko wbiłem mocno moje długie i ostre jak brzytwa pazury. Warknął Rubin.

     - I ty nędzny kundlu myślisz że to ci się tak szybko uda?!- szczeknąłem po czym odnowiłem mu ranę na pysku:
Wziąłem zamach wgryzając się w stają ranę rywala i pociągnąłem jego pysk do siebie. Ryknął i natychmiast mnie puścił.
     Oddalił się kilka centymetrów i przyłożył łapę do nowo otwartej rany. Popatrzył na zakrwawioną łapę. Warknął po czym odwrócił się w moją stronę. Cały czas byłem w pozycji bojowej.

     - Ty draniu! Nie daruję ci tego!- znów się rzucił.

     Było to do przewidzenia gdyż nigdy nie uważał na spostrzeżenia i nauki rodziców. Zrobiłem szybki unik.
Zdezorientowany wilk zarył w ziemię. Wstał i skrzywił pysk. Przez chwilę stał bez ruchu lecz zaraz jednak zachwiał się. Spojrzał mi w oczy (z daleka). Zaczął zataczać koła. Zrobiłem to samo.

     - Nareszcie zrobiłeś krok w przód.- oznajmiłem gorzko.

     - Wcześniej rzucałem się tylko dla zabawy.- Warknął

     - Ale mi to zabawa...- Szczeknąłem i wgryzłem się mu w kark.

     Wilk pisnął i próbował sięgnąć mojej szyi. Podniosłem wysoko głowę co sprawiło iż Rubin zawisł w powietrzu trzymany tylko przez mój pysk i swoją skórę. Zaczął wierzgać. Jak najmocniej rzuciłem go ku stojącemu twardo dębowi. Po kilku chwilach szary wilk uderzył w drzewo. Dąb lekko się zachwiał.
     Rubin ciężko wstał z ziemi. Był cały zakrwawiony. Nogi się pod nim uginały. Już leżał na ziemi. Ciężko krzywił pysk. Po chwili zauważyłem iż utyka na jedną nogę. Znów leży.
     Nie przejmując się ledwo żywym wilkiem spojrzałem w niebo. Chmury deszczowe dawno minęły lecz dalej po niebie pływały szare chmurzyska. Zawiał lekki wiatr.
     Po chwili poczułem na swojej szyi ciężki ból. Kątem lewego oka spojrzałem za siebie. Chwycił mnie on... Nie mogłem się uwolnić. Po prostu złapał mnie od tyłu i trzymał mocno i bezlitośnie.
W pewnym momencie zacisnął bardzo mocno swoje szczęki niemal łamiąc mi kości. Zaprzestałem próbom wyrwania si to przecież i tak nic nie da. Z gardła sączyła się szkarłatna krew. Z każdą minutą byłem coraz słabszy. W końcu szary basior puścił mnie na ziemię. Widziałem w zamazaniu.

     - W końcu... A więc jednak uda mi się. Szykuj się na swój koniec!- warknął.

     Nie mogłem się poruszyć lecz zdołałem zobaczyć iż Rubin skierował pysk ku ziemi. Obnażył kły i zamknął oczy. Cicho powiedział 'dariri'. Po chwili otworzył oczy które... świeciły na czerwono! Jego futro nabrało ciemno szarych barw. Stał się większy i nie miał ran.
     Otworzył swój pełen śliny pysk. Miał wielkie kły. Pyskiem zmierzał ku mojej szyi i... zniknął. Dosłownie bez śladu. Spojrzałem dalej. Zauważyłem iż Rubina przewrócił inny wilk.

     - Nero użyj mocy!- usłyszałem znajomy głos jakiejś wilczycy

     Zrobiłem to co Rubin lecz na leżąco. Po chwili wstałem jako cień wilka. Wielki,potężny i niepowtarzalny. Ryknąłem w niebo jak lew na sawannie. Walczące wilki spojrzały na mnie.
     Złoty wilk (widać Lisha) uśmiechnął się i odskoczył od Rubina szczekając 'to wasza walka'. Po chwili szary Rubin Podszedł do mnie. Był o około 40 cm mniejszy ode mnie. Spojrzał mi w oczy a ja jemu. Po chwili oznajmił:

     - Teraz walka była by nie fair. Po bijemy się później.- Powiedział głosem cienia i rozpłynął się w powietrzu.

     Złota wilczyca Przybiegła do mnie. Przystanęła kilka kroków przede mną, a ja zaś poczułem iż postać cienia ustępuje. Ruszyłem szpiczastymi uszami i będąc już w swojej postaci czułem iż upadam. Lisha złapała mnie w ostatniej chwili. Z trudem wstałem.

     -Dzięki-westchnąłem

-----------------
   
miałam dodać jeszcze jak Nero z Lishą znaleźli watahę ale nie. jeszcze w tym tygodniu kolejny rozdział!

poniedziałek, 15 września 2014

Nowa funkcja!


    Uwaga pojawiła się nowa funkcja! Jest to 'muzyka'. teraz można słuchać muzyki pasującej do klimatu tego bloga. Do zobaczenia w następnym rozdziale!


niedziela, 14 września 2014

Rozdział 8: Wilki

8: Wilki

   
      Zacząłem się rozglądać wokoło. Dopiero teraz zauważyłem iż nie jestem na polanie na którą zaprowadził mnie mój drogi i tajemniczy kumpel Uszak. Nie. Znajdowałem się w wielkiej jaskini z malowidłami byków i dzikich koni na ścianach.
     Trzy wilki stały naprzeciw mnie przy wyjściu. Każdy z nich miał wzrok skierowany na mnie. Jeden z nich; szary, ze złotymi łapami,głową i białymi plamami na zadzie podszedł bliżej. Zjeżyłem sierść i obnażyłem zęby. Szaro-złoty samiec stanął. Wyglądał mi na 5 lat.Podniósł pysk wysoko i zaczął warczeć. Po chwili podeszły do niego dwie pozostałe wilczyce. Jedna z nich była złota w białe pręgi, a druga szara w czarne pręgi. Każda z nich miała pewnie z dwa lata. Jasna stała i patrzyła się smutno w wilka. Druga szaro-czarna warknęła do samca:

     - Bakus*, uspokój się!

     - Mówiłem ci że tak będzie!

     - Daj mi to załatwić.- szczeknęła cicho wilczyca

     - Dobrze, ale uważaj.- warknął zrezygnowany wilk zwany Bakusem

     Wilczyca podeszła bliżej mnie. Warknąłem ostrzegawczo. Cofnęła się o krok i już chciała wypowiedzieć jakieś słowo gdy jasna jej przerwała:

     -Tedi?- spytała nieśmiało

     -Tak Khyariin*?- odpowiedziała wilczyca wbijając wzrok w 'Khyariin'. Khyariin podeszła do ciemniejszej koleżanki nazywanej Tedi. Zawahała się. Jednak po chwili młoda wilczyca szepnęła coś na ucho swojej towarzyszce.

     -Świetna myśl.- powiedziała po czym odwróciła łeb w moją stronę. jasna wycofała się do starszego i większego, szarego kolegi. Tedi podeszła do prawego boku jaskini. Obserwowałem ją bardzo uważnie. Zaczęła węszyć z nosem przy ziemi. Powęszyła kilka sekund i podniosła łeb z ziemi. Popatrzyła się na mnie i dwa pozostałe wilki. Bakus skinął głową. Wilczyca przypatrzyła się ziemi i zaczęła kopać. Przestałem szczerzyć zęby i położyłem uszy po sobie. Wilczyca zaś kopała tak długo aż w ziemi jaskini powstała mała dziura. Ponownie wsadziła do niej brudny od ziemi łeb i wyciągnęła...kość. Podeszła do mnie z kością w pysku. Odłożyła dosyć dużą kość przed siebie. Popchnęła kość w moją stronę i powiedziała:

     - Jesteśmy pokojowo nastawieni- powiedziała delikatnie a kość była już przed moją prawą łapą. W jednej chwili nie byłem już wściekły.

     -Same słowo by wystarczyło.- powiedziałem po czym pchnąłem kość pyskiem. Kość stanęła tuż u jej łap. Wilczyca popatrzyła się na kość po czym rzekła:

     -Jak się nazywasz?

     - Ja jestem Nero, a wy?

     -Ja jestem Tadefu, ale mów mi Tedi. To jest mój starszy brat Bakus, a to jest moja młodsza siostra Khyariin. Jesteśmy wilkami ognia. Pewnie nie słyszałeś ze jakiś wilk może mieć moc ponieważ zostało nas tylko kilku. Z tego co wiem tylko nasza trójka ma moc ognia. A ty? Czy ty też masz ,,moc''?- spytała

     -yyy... nie.- skłamałem.

     -Szkoda... Mogłam się tego spodziewać.-Szczeknęła- może szukasz watahy?

     -Tak na prawdę jestem typem wędrowca, ale można spróbować być w watasze no nie?

     -No wiec już jesteś w naszej watasze.- powiedziała po czym wszyscy zaczęliśmy się witać i poszliśmy na polowanie. Pierwszy szedł Bakus, potem ja. Na końcu Tedi i Khyariin. Po kilku minutach truchtania przez las zwietrzyłem woń stadka jeleni.

     - Stop.- szepnąłem

     -O co chodzi, Nero?- spytał Bakus

     - Nie czujesz?

     -Nie.-odpowiedział po czym wilczyce także stwierdziły iż nie czują zapachu zwierzyny.

     -2 kilometry przed nami.- zaciągnąłem zapach wiatru- 2 samice, 1 młode i 1 samiec.

     -To nie możliwe. Mam dobry węch i na pewno bym to wiedziała.- warknęła Tedi.

     -Jeśli mi nie wierzycie możecie tam pójść razem ze mną i zobaczycie że mówię prawde- zasugerowałem

    - Ja chętnie pójdę.- szczeknał Bakus- a wy?

    - No dobrze...- mruknęła Tedi

    -Ja też.- cichutko szczeknęła jasna Khyariin

    Szliśmy dobre 15 minut przez piękny dla oka liściasty las. Ja wyznaczałem kierunek. Reszta truchtała za mną. Wszystko wskazywało na to iż myślą że się mylę. Ufam mojemu nosowi i mam nadzieję że w tej chwili mnie nie zawiedzie.
    Co krok zapach był coraz silniejszy. Czasem zobaczyliśmy jakiś ślad wilczej łapy, ale zero śladów jeleni. Mimo to czułem iż stadko jest blisko. Szedłem za zapachem i doszedłem... na pustą polanę!. Powąchałem, niuchałem, węszyłem, miałem. Zapach pochodził... z pod ziemi!
 
     - To tutaj.- szepnąłem do reszty.

     - Nero, ale tutaj nic nie ma.- szczeknęła Tarefu

     - Jesteś pewna? Powęsz przy ziemi.- szczeknąłem

     Tedi położyła nos przy samej ziemi i zaciągnęła zapach. Jej mina wskazywała na wielkie zdziwienie i jednocześnie szacunek dla mnie.

     - Miałeś rację. Tutaj są zakopane martwe jelenie.- skomlała cicho

     - To nie ja miałem racje. To mój nos.- odpowiedziałem jej. Popatrzyłem na ziemie. Ona także.

     - To kopiemy?- szczeknął Bakus.

     - To chyba jasne.- Powiedziała Tedi.

     Po chwili wszyscy zaczęliśmy kopać. Kopaliśmy długo i ciężko, ale w końcu wydobyliśmy okazałą młodą sarnę. Nie wiedzieliśmy co ją zabiło.
    Chwyciłem ją za łeb. Tedi złapała za przednią nogę. Bakus za tylną.Tylko Khyariin nie wiedziała co ma mocno chwycić w swe szczęki. Zaraz jednak Bakus zrobił jej miejsce a wilczyca złapała drugą tylną nogę sarny. Nim zatargaliśmy młode zwierze do naszej jaskini minęła godzina. Zmęczeni zaczęliśmy jeść. Zjedliśmy cała w pół godziny. Każdy z nas miał pysk od krwi. Wtedy Tarefu zadała pytanie 'ktoś spragniony?'. oczywiście wszyscy powiedzieli tak. I poszliśmy nad mały strumyk. Napiliśmy się i zaczęliśmy się ścigać i gryźć dla zabawy. Najpierw Tarefu ścigała swoją siostrę a gdy już ja złapała uwzięła się na mnie i Bakusa. Później Bakus i Khyariin zaczęli się gryźć i przewracać. Ja i Tedi chlapaliśmy się wodą z małej rzeczki. Po dwóch godzinach dobrej zabawy nadszedł wczesny wieczór. Udaliśmy się do naszej jaskini. Rozmawialiśmy tam i poznawaliśmy się.
     Kiedyś Bakus miał czwórkę nie magicznego rodzeństwa. Zginęli oni gdy pewnego razu do ich nory wparował borsuk. Bakus cudem przeżył nieświadomie używając swych mocy.
     Tarefu natomiast miała normalne dzieciństwo. Bawiła się ze swym starszym o 2 lata bratem, a gdy na świat przyszła (teraz 2 letnia) Khyariin opiekowała się nią.
     Najmłodsza siostra nie miała lekkiego dzieciństwa gdyż rok temu ich rodziców zabiły czarne i bezlitosne pumy. Młode wilki miały szczęście że były wtedy na długim spacerze.
     Bakus miał 5 lat, Tarefu 3, a Khyariin 2 lata.
     W końcu zapadł zmrok. Wszyscy położyliśmy się spać daleko w głębi jaskini. Przez godzinę nie mogłem zasnąć, a gdy już zasnąłem znów mi się to przyśniło...

     Byłem na tej samej polanie co poprzedniej nocy. Nie było żywej duszy. Usłyszałem potężny ryk. Świat jakby zaczął się trząść. Po chwili wszystko minęło. Rozglądałem się na wszystkie strony. Nagle na małe drzewo wzleciał kruk-cień. Kraknął raz i obserwował mnie. To ten sam na którego warczałem wcześniej. Znów zacząłem warczeć. Kruka to nie ruszyło. Kraknął raz i zaczął wpatrywać się w księżyc. Nad księżycem skoczył królik-cień. Usłyszałem głos mówiący 'już czas wzbudzić w sobie cień...' 

     Obudziłem się nagle był środek nocy. Wszyscy już spali. Księżyc świecił jaśniej niż zwykle i na złoto. Coś mnie do niego ciągnęło. To nie ta siła która zmusza wilki do wycia to coś innego... To coś całkiem innego... Ruszyłem przed siebie jak zahipnotyzowany. Po około dziesięciu minutach dotarłem do małej polanki z której wykopaliśmy jedzenie. Siła we mnie wciąż rosła... Stanąłem i opuściłem głowę w duł. Po dwóch minutach próby zapanowania nad sobą dałem sobą zawładnąć... Me oczy zaświeciły na czerwono a same futro zmieniło kolor na czarny i parowało. Poczułem żądzę krwi...
***
     Gdy ponownie się obudziłem znajdowałem się w kompletnie innym miejscu. Miałem zakrwawiony pysk i ranę na oku. Widocznie miała jakieś sześć godzin. Kilka metrów ode mnie leżał nieżywy i rozszarpany wilk. Na szczęście nie był on mi znajomy.
-----------------
słowniczek:
* Czytaj Bakus (nie bakuś)
* Khyariin czytaj Kajrin
Nero

Bakus

Tarefu (Tedi)
Khyariin

piątek, 5 września 2014

Rozdział 7: Tajemnica tajemniczych istot...


     Obudziło mnie światło słoneczne. Wstałem i ziewnąłem. Uszaka nie było. Wyszedłem na zewnątrz. Zając leżał obok jaskini i opalał się. Gdy zobaczył mnie zerwał się na równe nogi i pokicał za mną. Szedłem przez zielony las wraz z młodym zającem kicającym u mego boku.
    Byłem głodny. Szybko wyniuchałem jakąś padlinę. Po kilku minutach podążania za tropem zapachu udało mi się odnaleźć zagryzionego bażanta. Ten kto zabił ptaka musiał być wilkiem. Świadczyły na to nie zbite dowody typu rozszarpana noga i ślady zębów na szyi i skrzydle. Zwierze padło w męczarniach.
    Ogarnął mnie niepokój, ale równocześnie złość. Miałem ochotę zagryźć tego kto w tak okrutny sposób upolował niewinnego ptaka. Było dla mnie jasne że ów winowajca nie ma dobrych zamiarów. Zirytowany zacząłem cicho warczeć.
     Po chwili westchnąłem i z małym uśmieszkiem pokręciłem głową. Podszedłem do bażanta i wziąłem się za ucztowanie.
     Wiedziałem że gdy tajemniczy wilk zjawi się tutaj i zastanie mnie jedzącego jego zdobycz będą nie małe kłopoty, ale nie martwiłem się tym. Miałem u swego boku prawdziwą magię i to powinno wystarczyć aby przekonać tamtego wilka do odwrotu jeśli się on kiedykolwiek tu zjawi. Lecz gdy przyjdzie tutaj a mnie i padliny tu nie będzie- koleś ma pecha ;)
     Oblizałem pysk. Po chwili krwisty pysk znów stał się orzechowo-brązowy. Spojrzałam na kolegę, zająca. Uszak leżał w trawie i najwyraźniej czekał na mnie. Podszedłem do niego. Królik wstał i pokicał w ścieżkę leśną obok. Po kilku metrach zatrzymał się. Jego wzrok mówił 'Chodź za mną'. Po chwili truchtałem przy nim. Truchtaliśmy jakieś dziesięć minut. Uszak skierował się w las zwalniając do zwykłego zajęczego chodu. Również zwolniłem i poszedłem za nim. Szliśmy przez las. Robiło się coraz więcej krzaków. Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki wyszliśmy na małą, piękną polankę pełną zielonej, młodej trawy.            Uszak zatrzymał się na samym środku i usiadł. Podszedłem do niego i zatrzymałem się na przeciwko młodego,rudego zająca.
      Teraz jego oczy zaświeciły czystym, jasnym fioletem. Zakręciło się mi w głowie... Czułem jak oczy zamykają mi się same choć ich o to nie prosiłem... Czułem jak upadam... W mych oczach zaczęła stopniowo pojawiać się ciemność... W mej głowie kręcił się ten jeden czarny obraz...


      Sen, ciemny i ponury sen... Byłem w ciemnym i strasznym lesie. Księżyc świecił w pełni. Szedłem wąską ścieżką. Drzewa już dawno nie miały liści. Czasem na gałązce usiadł kruk i krakał zło-wrogo patrząc się na mnie. Wystarczyło to by mnie delikatnie spłoszyć. Świerszcze grały swą melodię lecz nie tak jak zawsze-miło teraz grały jakby z pogardą i równocześnie złością. Sowy również nie były zadowolone z mojej obecności. Huczały tylko kilka razy gdy mnie zobaczyły;  kilka ironicznych huknięć i już ich nie było. Odlatywały jako straszne cienie szwendające się po słabo oświetlanym tylko przez księżyc niebie...
     Wędrowałem już około dziesięć minut. Z każdym krokiem zwierzęta ulatniały się, a wkrótce na ich miejsce pojawiła się podejrzana cisza... Po kilku krokach wszystkie większe drzewa jakby zapadły się pod ziemie... Oczywiście las się skończył... Zostały tylko drobne drzewka i krzewy. 
     Na jedno z małych i pustych od liści drzew usiadł cień, który po woli zamieniał się w kruka. Koszmarny kruk spojrzał na mnie i zakrakał pełnym złości głosem. Warknąłem w odpowiedzi. Ptak najwyraźniej zdziwiony odleciał i znów zamienił się w cienia. Za chwilę zdecydowałem znów iść dalej.     Po kilku minutach spojrzałem w księżyc. Na moich oczach on z ledwo świecącej piłki stał się jasną kula. Po chwili ujrzałem cień zająca. Zając skakał przecinając księżyc. Obserwowałem jego skok. Czekałem aż wyląduje. Cień wylądował pod małym drzewem. Zając podchodził do mnie stopniowo zamieniając się w czarnego królika o czerwonych oczach. Zacząłem warczeć. Zając stanął.

     -Nie poznajesz mnie?- usłyszałem głos
   
     -Nie znam czarnych zajęcy.- warknąłem. 

     Czarnuch usiadł, a jego kolor zaczął zmieniać się z czarnego na jasno rudy. Jego czarne oczy także nie miały już czerwonego koloru-były fioletowe. A wiec to on? To Uszak? Ale jak to możliwe? Ach... już wiem przecież to tylko sen... a może i nie??
     
     - Czy już poznajesz? 

     - Taak... ale jak ty to do cholery zrobiłeś?!- W moim głosie ewidentnie dominowało zdziwienie.

     - Już ci wszystko opowiadam... Wszystko zaczęło się tysiące lat temu... Wtedy panowały tajemnicze i potężne stwory zwane smokami. Każdy z nich władał tajemniczą mocą co sprawiało że każdy kto nie był jednym ze smoków musiał się gdzieś ukryć. Pewnego dnia z nieba zaszła zagła-

     -ale co to ma wspólnego z tym co zrobiłeś??-przerwałem

     -Nie przerywaj mi a się dowiesz... No więc na czym skończyłem?- Uszak zastanowił się przez chwilę i oznajmił- Aha już wiem... Pewnego dnia z nieba nadeszła zagłada. Miliony małych meteorytów celowało w latające potwory. O dziwo żaden z nich nie uderzył a raczej 'nie zabił' żadnego z dotychczasowych zwierząt. Kilka dni po końcu ery smoków każdy ssak zaczął czuć w sobie siłę i potęgę mocy smoków... W każdym z nich była iskra smoczej energii. Jeśli zwierze uznawało smoki za istoty które mają prawo żyć w naszym świecie iskra ta zamieniała się w moc. Jeśli zaś zwierze nienawidziło ich i gardziło nimi- iskra umierała... Tak więc moc miało tylko kilka wilków, z dwa jelenie i jeden lis... i ja. Moc jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale można ją zdobyć także zabijając magicznego osobnika... Ty odziedziczyłeś swą moc po ojcu. Twoją mocą jest magia cienia. Nie muszę ci tłumaczyć, prawda? Moją mocą jest magia kryształu. Nie jest to zbyt mocna moc, ale twoja... Twoja moc jest niepowtarzalna... Najsilniejsza z najsilniejszych. Pamiętaj że musisz się pilnować gdyż twój brat z chęcią ci ją odbierze...- Powiedział a tuż po tym ja poczułem w sobie tą moc lecz dręczyło mnie pewne pytanie...

     - Mówiłeś że moc dostało kilka wilków, dwa jelenie lis i ty. Skoro oni dostali to wtedy to jakim cudem powiedziałeś że dostałeś moc a nie odziedziczyłeś?

     -Myślałem że zadasz te pytanie o wiele później ale skoro chcesz wiedzieć... Jestem duchem kolego.- powiedział .
     Zrobiłem niepewny krok w tył. Uszak zauważył to.

     - Nie bój się...-wyszeptał i wyparował.

     Księżyc znów przestał mocno świecić, wrócił do dawnego stanu. Na małe drzewa przyleciało duże stadko kruków-cieni a każdy z nich miał oczy świecące na czerwono. Ptaki zaczęły krakać na mnie głośno i oskarżycielsko. 

     Obudziłem się. Było późne popołudnie. Szybko zerwałem się z ziemi. Wokół mnie stała grupa wilków. Patrzyli się na mnie jak na idiotę...

-------------------------------------------------------

no nie miałam czasu by sie  z tym wyrobić gdzieś tak do środy, niestety ;(
w najbliższym czasie powstanie nowa zakładka. Bądźcie czujni!

jeśli chcecie możecie mi podsyłać pomysły w komentarzach :) Pewnie nie wszystkie zrealizuję bo być może mogę wynaleźć z mojej głowy coś lepszego, ale za wszystkie dziękuję :)


piątek, 29 sierpnia 2014

Mini info



w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o tym kiedy będą pojawiać się kolejne posty. otóż każdy z następnych rozdziałów będzie się pojawiał raz na tydzień. mam kilka fajnych pomysłów więc będzie i fajnie i ciekawie. Pa ;*


wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział 6: Uszak



    Cały następny dzień uleciał mi na szukaniu zająca. Przeszukałem cały las lecz nie czułem w nim woni ani jednego zajęczaka. Uszaka tam nie było. Tego którego wskazały mi duchy nie było. Zrezygnowany potruchtałem dalej w liściasty las. Odnalazłem woń sarny i po chwili odnalazłem jedną niczego nie podejrzewającą iż zaraz zostanie zabita. Powoli skradałem się ku jedzącej trawę młodej sarnie. Krok po kroku... Powolutku...Już tylko kilka kroków i skok... Obok sarny przebiegł fioletowo-oki zając z raną na prawej nodze. To MÓJ Uszak. Skoczyłem. W mgnieniu oka wgryzłem się w słodki kark sarny. Zając usiadł i wszystko obserwował. Złapałem za skórę sarny i pociągnąłem. Zwierze ryknęło. Wbiłem kły w szyję. Kątem oka zauważyłem iż oczy obserwującego to zajście Uszaka zaczęły świecić na fioletowo. Poczułem wielką moc. Czas zaczął płynąć powoli. Mój wzrok zmieniał się z normalnego na fioletowy... Dźwięk zanikał... Z łatwością połamałem kruche kości młodej sarenki...Sarna znów zawyła z bólu lecz dźwięk zamilkł... Widząc na fioletowo puściłem jej połamaną ledwo trzymającą się tułowia szyję i  zeskoczyłem z łani która jeż powoli upadała. Upadła obok mnie i młodego zająca. Wszystko wróciło do normy.
    Uszak siedział obok mnie. Jego oczy świeciły na fioletowo. Rana na nodze zniknęła całkowicie. Wstał i pobiegł w stronę drzew kasztanowych. Po chwili znów zniknął w lesie. Podszedłem do sarny. Powąchałem ją i zacząłem jeść. Po kilkunastu minutach byłem w pełni najedzony.
    Poszedłem za śladami Uszaka. Doprowadziły mnie one do małego jeziorka. Dostrzegłem go. Królik pił wodę. Po chwili skończył pić i usiadł w moim kierunku. Dostrzegłem iż jego uszy w cale nie były jasno rude. One były białe. Jego oczy... Teraz jego oczy nie świeciły na fioletowo. Teraz były fioletowe. Podszedłem bliżej. Uszak odwrócił się w kierunku jeziora i patrzał w wodę. Zrobiłem to samo. Z zaskoczeniem zauważyłem, że również ja się nieco zmieniłem. Moje oczy dawniej ciemno brązowe teraz były fioletowe. Odsunąłem się od jeziora. Popatrzałem na Uszaka. Wstał i pokicał prosto do lasu. Po biegłem za nim. Biegł szybciej niż ja. Po półgodzinnym maratonie zgubiłem go w gąszczu. Tropienie go nie pomagało. Węch także mnie zawodził. Po chwili zrozumiałem że ten królik nie ma swojego zapachu. Przybiera on zapach tego co jest blisko czyli np. zapach drzewa, kwiatka... Pomyślałem że ''przyjdzie kiedy ucieczka mu się znudzi''.  Poszedłem szukać jakiejś małej jaskini lub chociażby jakiejś nory po borsuku gdyż zbliżał się wieczór. Nie wiedziałem czy noce w tym lesie będą zimne czy ciepłe. Miałem nadzieję że będzie to ta druga opcja. Szukałem obok jeziora by rano móc się czegoś napić. Bez skutku. Po godzinie zrezygnowałem z szukania czegoś przy jeziorze i potruchtałem w las. Robiło się coraz ciemniej a ja nic nie znalazłem. Świerszcze grały swe melodie razem z sowami. Po kolejnej godzinie gdy nastała ciemna i trochę chłodna noc wpadłem na małą skalną jaskinie z widokiem na niebo pełne gwiazd. Powęszyłem czy w okolicy nie kręci się jej właściciel, ale nie było nikogo prócz mnie i świerszczy. Wszedłem do jaskini. Położyłem się w prawym boku i położyłem się. Popatrzyłem w niebo. Spadła jedna z gwiazd. Świeciła na niebiesko. Modliłem się aby to nie oznaczało śmierci Lisha'y mimo iż wiedziałem że jest zbyt silna aby byle kto mógł by ją zagryźć. Położyłem głowę na łapach. Moje futro oświetlał tylko blask księżyca w nowiu.Po kilku minutach usłyszałem łamanie się gałązki. Podniosłem głowę. Z ciemności wyłoniła się sylwetka zająca. Uszak niepewnie zrobił krok do przodu. Zamerdałem ogonem aby zachęcić go do wejścia do jaskini. Podszedł bliżej lecz dalej trochę nieśmiało. Położyłem głowę na łapach. Po kilku minutach podszedł do jaskini lecz nie  miał odwagi wejść do środka.
- Wejdź. Nie bój się.- szczeknąłem.
Na efekty nie musiałem długo czekać gdyż po chwili zając położył się obok mnie i wtulił się w moje długie,rude futro.

-----------------

mam nadzieję że się spodobało :) nie miałam czasu aby skończyć to pisać ponieważ musze się zajmować moim młodym psem o imieniu Nero. Niestety jego zdjęcie podeślę w następnym rozdziale ponieważ nie mam baterii do aparatu :(

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

polecam komiks!

polecam komiks off-white.eu  ! zapraszam jest extra :)


Rozdział 5: Wariaci i znaki...



  Minęły dwie godziny odkąd wyruszyłem z lasu. Po następnych piętnastu minutach zwolniłem do wolniejszego biegu, potem do truchtu a na końcu do chodu. Zaczęło świtać. Przeszedłem wolnym krokiem setny kilometr pustyni. Co jak co, ale lato na pustyni jest gorsze niż lato w Starym Lesie gdzie jedynym jeziorem jest Jezioro Serca a o kałuże z wodą jest ciężko gdy nie pada więcej niż 5 dni.
  Łapa za łapą, oddech za oddechem, upał za upałem. Powoli miałem tego dosyć. Zwolniłem kroku. Przystanąłem i popatrzyłem się w bezchmurne i błękitne niebo. Na niebie zaczęły pojawiać się małe chmurki i układać się w napis ''Nie poddawaj się!''. Przyśpieszyłem do wilczego galopu. Praktycznie nie czułem zmęczenia. No... tylko trochę. Biegłem prosto,solidnie i na nowych siłach. Po kilku minutach biegu stanąłem by poczuć na sobie ciepły i lekki wiatr towarzyszący mi w podróży. wziąłem głęboki oddech łapiąc małą i zanikającą z każdym metrem woń Starego Lasu. Wiatr przypomniał mi o tym specjalnie. Przypomniał mi o watasze. O rodzicach, Lisha'y i o Rubinie...
Szybko wyparłem myśli o nich i oddałem się ponownemu biegu. Biegłem z wolnością krok w krok. Czasem potykając się o piasek biegłem dalej bardziej szczęśliwy niż wkurzony. Biegłem jak oszalały, ale wesoły i pogodny. W tym transie biegłem aż do piętnastej. Teraz nękał mnie głód i mocno spowalniało pragnienie. Szedłem przed siebie do wieczora. Wyłem kilka razy z głodu, ale szedłem. Księżyc wznosił się już na horyzoncie. Szedłem przed siebie. Po chwili ujrzałem pół ściany z jakiegoś kamiennego domku. Poszedłem dalej-kolejna ruina. Dalej była następna, a za nią ujrzałem wilczycę koloru białego z czerwonymi oczami. Miała ona prawe ucho koloru rudego. Podszedłem bliżej. Wilczyca miała pokojowe zamiary gdyż wesoło zapytała:

- Co tutaj robisz?

-Ee... chce prze-

-Ha ha! śmieszny jesteś! już cię lubię.-przerwała. Jej zachowanie było dziwne...

-Ale...

-Ale chodź za mną.- poprosiła- Moja wataha z chęcią da ci pożywienie i picie.- dodała

-No dobra...

Szliśmy przez ruiny. Piasek powoli stawał się ciemniejszy i bardziej dostosowany do chodzenia po nim. Weszliśmy na mniejsze wzgórze. Na drugim dole wzniesienia moim oczom ukazał się białe wilki ustawione w krąg. Każdy z białych wilków miał jakąś małą rudą łatę. Na środku kręgu leżał dobrze ułożony ciemniejszy piasek. Podeszliśmy bliżej. Wilki nie zareagowały. Po chwili kupka piasku wstała. Wszystkie wilki oddały pokłon. Moim oczom ujawnił się wilk piaskowego koloru o złoto-brązowym pręgowaniu. Jego pysk był zaś jasno kremowy. Miał długie, okazałe futro. Oczy jego dudniły złotem. Wyglądał jak tygrys. Podszedł do mnie. Wilczyca oddała skromny ukłon po czym szepnęła mu coś na ucho. Wilk uśmiechnął się i kazał młodej około dwuletniej wilczycy dołączyć do kręgu. Po chwili piaskowy wilk powiedział do mnie:

-Chodź najesz się.- poszedłem za nim. Wilk poszedł kilka metrów za krąg i skierował wzrok na małą palmę. Podszedł do niej i wykopał obok niej jakiegoś zdechłego ptaka. Wziął go w pysk i szedł ku mnie. Puścił go i powiedział:

-To bocian. Nasi najlepsi skoczkowie zagryźli go tej wiosny gdy jego stado wracało z ciepłych krajów. Gdy skończysz jeść daj znać któremuś z nas a on z chęcią zaprowadzi cię do naszej oazy.-powiedział spokojnie i zawył. Na te komendę wszystkie wilki położyły się obok siebie i zasnęły. Księżyc świecił jasno gdy oblizywałem ostatnie kości nieżywego ptaka. Najedzony spojrzałem w niebo. Po kilku sekundach gwiazdy na niebie ułożyły się w napis 'uciekaj!'. Zerwałem się na równe nogi. Poszedłem na palcach w kierunku otwartej pustyni. Przeszedłem ledwie dwa metry gdy usłyszałem za sobą głos rozwścieczonego wilka pustyni:

-Gdzie się wybierasz?!- Powiedział groźnie. Inaczej niż wtedy.

-Nig- nie dokończyłem gdyż się na mnie rzucił. Podstępnie złapał mnie za szyję. Nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Szybko jednak udało mi się chwycić jego ucho. Złocisty wilk zacisnął szczęki. Ja zrobiłem to samo i z całej siły pociągnąłem mocne i ciemne ucho. Wilk natychmiast puścił mnie i zaczął warczeć:

-Będziesz smakowitym obiadem dla mojej watahy-zaczęliśmy zataczać wokół siebie koła- Już czuję jak smakujesz i dodajesz nam wszystkim siły!- Skoczyłem mu na grzbiet i wbiłem kły w jego grzbiet. Pisnął z bólu. Zaczął wierzgać. Puściłem, jednak moja szybkość wzrosła i złapałem opryszka mocno za szyję. Moje pazury także robiły swoje i mocno wpiły się wilkowi pustyni w jego piaskowe pręgowane futro a potem w skórę i żebra. Po kilku minutach puściłem ledwo żywego na piach.

-Sam się prosiłeś.

-He... he... na twoje miejsce przyjdzie drugi i trzeci i czwarty... Za nie długo się najemy... najemy się... na pewno się najemy!... tak!... a później przyjdą kolejni...

Wziąłem go za skórę na grzbiecie. Ciągnąłem go przez pięć kilometrów w głąb pustyni. Zostawiłem go na samym środku. Ruszyłem dalej. Miałem nadzieję że do rana zdechnie a to czego oni chcieli i pewnie to robili już dawno ustanie. Z bardzo daleka słyszałem jego majaczenie. Spojrzałem w gwiazdy. Na niebie ułożył się gwiezdny napis 'biegnij! już niedaleko.' Biegłem tak jak chciały gwiazdy. Po godzinie pustynnego biegu ujrzałem las. Nie, nie był to Stary Las. To był całkiem inny las. Był bardziej zielony, piękny i liściasty. Moje brązowe oczy rozpoznały kilka rodzajów drzew. Brzozy, klony i wierzby. Wszedłem w las. Moje łapy stęskniły się za miękkim i lekkim dotykiem zielonej i małej trawy. Popatrzyłem na jedną z wierzb. Na jej korze było coś wyryte. Zbliżyłem się i zauważyłem wyrzeźbienie. Były tam dwa wilki. Jeden z nich miał długie piękne i geste futro. Po pysku widać było że samiec. Drugi był krótkowłosy. Jego rysy twarzy wskazywały na to iż na 'portrecie' była samica. Nie wiedziałem dlaczego ktoś wyryłby na drzewie te wilki. Popatrzyłem na drugą wierzbę. Też coś na niej było. Znów popatrzyłem na pierwszą wierzbę. Obraz wilków znikł. Podszedłem do sąsiedniej wierzby. Na jej korze widniała pewna scenka. Na górze obrazu widniał wilk o długim futrze. Na dole wył młody wilk na skraju pustyni. Na niebie widać było spadającą gwiazdę i księżyc w pełni. Nie wiedziałem co oznaczał wilk na górze, a rysunek na dole skądś znałem...
Zapamiętałem sobie obraz na wypadek gdyby znów zniknął i podszedłem do kolejnej wierzby. Na górze kolejnego rysunku widniała krótkowłosa wilczyca. Na dole zaś wilk biegnący po pustyni i spoglądający w gwiazdy. Odnalazłem wśród nich spadającą. Teraz domyśliłem się że to sceny z poprzednich dni, ale co z tym wspólnego mają te wilki? Nie wiedziałem. Skądś je znałem... ale zapomniałem.
Kątem oka na brzozie zauważyłem wyryte litery. Przeczytałem. Pisało tam 'Nie wpadaj w żałobę. Czytaj dalej!'. I wtedy wszystko stało się jasne... Ktoś zagryzł rodziców... Z mych oczu poleciały łzy smutku... Zawyłem głośnymi pełnym smutku głosem. Przez chwilę starałem się zatrzymywać łzy... Bezskutecznie... Leciały mi z oczu lecz po chwili przypomniałem sobie zapisane na drzewie słowa 'czytaj dalej!'...
Pełnym smutku i chwiejnym krokiem doszedłem do brzozy dalej. Były tam zapisane słowa 'przeczytaj wszystko a później zrób to co zapisane'. Wszedłem w głąb lasu do następnej brzozy. 'Nie gryź, węsz' na kolejnej zaś było wyryte 'Nie zabij, otwórz' ale tylko co do cholery mam otworzyć i nie zabijać?!!
Po chwili zauważyłem kolejną brzozę z napisem 'Uszak przyjaciel. Rób swoje'. Według wskazówek zacząłem węszyć. Wyczułem słodki zapach krwi. Oblizałem wargi i powędrowałem w stronę tropu. Po kilkunastu minutach odnalazłem Młodego zająca uwięzionego w sidłach. Gdy złoto-rudy zając zobaczył mnie zaczął się rzucać i wierzgać pogarszając tylko swoją sytuacje. Szybko odgryzłem jakiś kawałek metalu stanowiący coś ważnego ponieważ pułapka puściła a królik z ranną łapą zniknął nie wiadomo gdzie w lesie...

--------------------------------

mam nadzieję że się spodobało ponieważ spędziłam przy tym kilka dobrych dni :)  nad historią następnego rozdziału jeszcze się zastanawiam ale wiedzcie ze Uszak będzie tutaj ważna postacią ;)

obrazki:



wilczyca z watahy pustyni










'gdzie się wybierasz?!!'










sidła










sobota, 16 sierpnia 2014

problemy z kompem


jeśli przez najbliższy czas nie wrzucę kolejnego posta to oznacza to iż mój laptop znów się popsuł. na razie tylko muli i czasem się zawiesza. dziś nie chciał się włączyć bo był 'błąd w uruchomieniu'. jednak nie oznacza to iż nie będę kontynuować historii Nera. następny post będzie strasznie długi i ciekawy :)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 4: Tam gdzie jest koniec leży...




  Przez kolejny rok nic się nie działo. Byłem jakieś 1,5 raza większy niż wtedy.Moje futro Nabrało rudych barw. Wyjaśniało. Było takie długie jak u jakiegoś owczarka długowłosego. Mimo iż nie byłem spokrewniony z żadnym psem trochę go przypominałem. Mój głos stał się bardzo mocny i przede wszystkim wilczy. Biegałem dużo szybciej niż przedtem, moja wytrzymałość nadal rosła, mój węch natomiast niesamowicie zmienił się. Teraz potrafię wyczuć zająca z odległości 10 km.
  Moje życie składało się z wędrówki jedzenia i spania. Tak było przez rok, a stary las ciągle dłużył się i dłużył. Od tygodnia nie padał deszcz czego skutkiem był brak wody czyli od tygodnia nic nie piłem. Jedynie leśne owoce dostarczały mi 'wody'. Sok w leśnych owocach jest dobry, lecz po woli coraz rzadziej odnajdywałem jakiś krzak. Drzewa sosnowe jak i świerki zaczęły powoli zanikać. Na ich miejsce pojawiały się brzozy, ale potem również one zaczęły znikać. Gdzieś tutaj blisko las się kończył. Ogromna dżungla nie mająca końca ma jednak i swój koniec. Mech i igły zamieniły się w trawę, ale nie taką normalną jak rośnie u ludzi na ogródkach tylko taką ogromną, jasno zieloną i sztywną. Później trawa malała i ustąpiła miejsce jasnej ziemi pokrytej delikatnie piaskiem. Minąłem ostatnie drzewo. Usiadłem i spoglądałem w piaskowy i pusty horyzont. Zbliżała się noc. Słońce zaczęło zachodzić, a ja nadal się w to wpatruję. W końcu z miejsca gdzie się przed chwilą wpatrywałem zaczął powoli wychodzić duży księżyc. Czekałem aż wejdzie na swój gwieździsty tron i zacznie patrzeć na las. Był w pełni i świecił jak nigdy dokąd. Wstałem i wziąłem powietrze w płuca. Zawyłem przeciągle i głośno budząc przy tym dwie wrony śpiące na gałęzi pobliskiej brzozy.. W końcu to moje pierwsze wycie do księżyca w pełni od ponad roku. Skończyłem wyć. Popatrzyłem się w księżyc i zacząłem wyć. Na wyciu zleciała mi połowa nocy. Podczas mego ostatniego wycia z nieba spadła gwiazda. To był dla mnie znak by znów ruszyć przed siebie. Pomyślałem o mojej dawnej watasze i szybko zerwałem się z miejsca i popędziłem jak najszybciej tnąc najpierw lekko piaszczystą glebę by później wkroczyć na terytorium prawdziwej Pustyni. Im dalej pobiegłem tym bardziej chłodne noce pustyń dawały mi się we znaki. Po kilku minutach biegu wszystko zaczęło być jak przed biegiem; kiedy wyłem. Może to przez to iż się rozgrzałem, a może dlatego że znów popatrzyłem na księżyc i znów zauważyłem spadającą gwiazdę? Sam tego nie wiem. Być może magia naprawdę istnieje, ale jedno jest pewne: muszę biec dalej!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 3: Po tygodniu



Biegłem już od tygodnia w poszukiwaniu nowego terenu. Moje rany po bitwie z Rubinem dawno się zagoiły. Mimo jego agresji dalej tęskniłem za moją dawną watahą. Lecz życie toczy się dalej. Teraz biegnę przez stary i piękny las. Jest południe, a ja nic jak do tej pory nie jadłem. Zacząłem węszyć z nadzieją na jakieś dobre jedzenie. Węszyłem, węszyłem i... nic. Ten las musiał już dawno temu być opuszczony. Poszedłem dalej. Znów zacząłem węszyć. Dalej nie dawało to żadnych rezultatów. W tym lesie nie było jedzenia. Kolejny raz spróbowałem szczęścia kilka kilometrów stąd. Poczułem lekki,słodki zapach dzikich malin. Powinno starczyć, aby zaspokoić wilczy głód. Powinno. Poszedłem tropem wskazanym mi przez nos. Zastałem średniej wielkości kolczasty krzak na którym usadzono wiele małych różowych kropek. 'To pewnie maliny'-pomyślałem. Mimo iż znałem je z zapachu i wyglądu nigdy nie widziałem ich na krzaku.
Podszedłem i zerwałem pyskiem jedną. Natychmiast odskoczyłem i próbowałem wyciągnąć kolec który wpił mi się w dziąsło. Zacząłem doceniać swą matkę która przynosiła maliny na słodki deser gdy byłem jeszcze szczenięciem. Spróbowałem ostrożniej sięgnąć po inną. Udało mi się. Miałem w ustach słodki smak maliny. Obżarłem cały krzak. Było trochę trudno ponieważ miałem w pysku jeszcze pięć kolców. Podrapałem się nogą za uchem i wywęszyłem jeziorko. Podbiegłem nad brzeg jeziora będącego sercem lasu i umyłem malinowe rany. Zbliżał się wieczór. Postanowiłem iż zostanę tutaj na noc.  Wykopałem sobie małe zagłębienie w lesie tak jak to robią domowe kury, zwinąłem się w kulkę i zasnąłem. Wstałem wcześnie rano i od razu udałem się nad jeziorko. Wszedłem do wody, do pasa. Złapałem małą rybkę. Połknąłem ją w mgnieniu oka. Za chwilę jednak popłynąłem w głąb jeziora wypatrując jakiejś większej ryby. Wzrok mnie nie mylił. Po chwili miałem na oku młodego karasia. Zanurkowałem szpiegując rybę. Leniwie popłynąłem w głąb błękitnej paszczy w kierunku karasia. Miałem jedną szansę. Przyspieszyłem pływając i wbiłem kły w swą ofiarę. Ryba zaczęła mi się wyrywać. Zacisnąłem mocniej szczęki. Z pyska ryby wydobyło się kilka bąbelków powietrznych. Zacząłem również ja tracić powietrze. Ostatkami sił wynurzyłem się na powierzchnie. Wypłynąłem na brzeg po czym puściłem ledwo żywą rybę na piasek i zacząłem ciężko dyszeć. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy, a ryba zniknęła! Powęszyłem, przecież sama z siebie nie odpłynęła do jeziora. Była zbyt słaba i zauważyłbym krwistą wodę. Wyczułem lisa. Kierował się na zachód od jeziora. Poszedłem jego tropem. Tropiłem złodzieja przez dobre dwie godziny aż znalazłem jego norę. Przysiadłem obok wejścia i nasłuchiwałem co gadają.

- ale on głupi!- krzyknęła lisia kobieta

-no i do tego nawet mnie nie tropił!-powiedział lis-chyba go mamusia nie nauczyła!-dodał

usłyszałem głos jeszcze dwójki lisów. Dwa małe lisiątka śmiały się w najlepsze nie podejrzewając iż za rogiem siedzę ja. Do śmiechu dołączyli jeszcze ich rodzice. Nerwy mi puściły. Zacząłem warczeć za norą. Widocznie już mnie zwietrzyli gdyż nastała cisza. Powoli wszedłem do ich nory. Lisy trzasły się ze strachu. Złodziej rzucił mi pod nos zdechłego karasia i kazał mi się wynosić. Zbliżyłem się do ryby i wygryzłem pół filetu. Oblizałem pysk i podszedłem warcząc do złodziejskiego lisa.

- Siódme: nie kradnij- szepnąłem i wyszedłem.

Pobiegłem dalej przez las. Biegłem aż do wieczora. Znalazłem starą, skalną jaskinię. Położyłem sie w jej prawym boku i zasnąłem.

piątek, 8 sierpnia 2014

Banner bloga

zrobiłam dziś banner. oto on:











EDIT 26.08.2014

tydzień temu dodałam jeszcze jeden banner:












kody do nich można znaleźć w zakładce 'reklamuj'

Rozdział 2: To nie ma sensu...




  Po tygodniu zaczęliśmy śmielej odkrywać nasze terytorium. Powoli rozwijał nam się węch i słuch. Słyszeliśmy i czuliśmy zapachy dobrze, ale matka i ojciec mówią, że będzie jeszcze lepiej. Gdy usłyszała to złota Lisha aż podskoczyła. Rubinowi było to obojętne. Szary wilczek wolał leżeć cały dzień do góry brzuchem i bezsensownie patrzeć na drzewa,niebo czy też ptaki. Ja i Lisha woleliśmy zabawy i spacery. Czasami ojciec przynosił na pół żywe stworzonka, abyśmy mogli pod szlifować swe umiejętności łowieckie. Z czasem rodzice zaczęli uczyć nas nowych sztuczek, polowań lub tropienia. Tak minęły nasze młodzieńcze lata. Teraz jesteśmy już dorośli. Każdy z nas miał po 2 lata. Każdy miał inny charakter. Ja byłem dosyć poważny,miły,czujny,podczas polowań zabijałem niechętnie,ale takie już prawo natury. Lisha była wiecznie zakręcona i zabawna, lecz gdy poluje zadaje śmiertelne ciosy i nie ma przy tym litości. Rubin natomiast... ach Rubin... Nic się w nim nie zmieniło. Dalej był leniwy, chamski i nie wiem dlaczego zawsze nas unikał. Nigdy nie był na żadnym z polowań w których uczestniczyliśmy my, więc rodzice dawali mu osobne lekcje, na których zawsze nawalał. Pewnej nocy przesadził. Kiedy szedłem przez las do naszej nory coś mnie złapało za kark i przewróciło. To był Rubin. Wyśliznąłem się z uścisku i złapałem go za tylną nogę. Ten pisnął i rzucił się na mnie. Rozpoczęła się walka na kły i pazury. Przez dziesięć minut próbowałem złapać gardło przeciwnika. Na darmo. Rubin unikał moich ciosów i bronił się kłami. W końcu się udało. Chwyciłem go śmiertelnie za gardziel i nie zamierzałem puścić. Rubin piszczał. Z gardła przeciwnika lała się krew. Puściłem ledwo żywego i mocno przygniotłem do ziemi. Po chwili warknąłem:

-  i po co ci to było?!

- (kaszle)... (kaszle)... N-n-n nie (kaszle)... c-cierpię ci-cię (kaszle)...

Puściłem go i odszedłem. Reszta na pewno się nim zajmie i wyleczy. Nie miałem ochoty na przebywanie w jednej watasze z tym oszalałym leniem. To nie ma sensu... Przebywanie tam nie ma sensu... Musiałem odejść i to jeszcze tej nocy.  Mimo kilku moich ran i zranionej nogi mogłem odejść z tej watahy. Przypomniałem sobie wszystkich jej członków: mnie,matkę,ojca,Rubina i... Lishę. Moją siostrę i równocześnie najlepszą przyjaciółkę. Nie mogłem tak jej zostawić, a przynajmniej bez pożegnania. Wyobraziłem sobie jej smutną mine gdy nigdzie nie może mnie znaleźć. Jej łzy. Jej smutek. Jej tęsknota. Musiałem to dla niej zrobić. Musiałem się z nią pożegnać. Pobiegłem do jej nory. Dawno spała. Polizałem ją po pysku. Obudziła się i zaspana zapytała:

- Co ty tu robisz? (ziewa) jest noc idź spać.

- Nie mogę. Odchodzę.

- GDZIE?!-zerwała się.-i co ci się stało?-spostrzegła

- Nie wiem, ale jak najdalej od Rubina. Ta noga i inne rany to też jego sprawka.

- Jeśli chcesz iść. To proszę bardzo.-powiedziała obojętnie.

- Jeszcze kiedyś się spotkamy.-odpowiedziałem i wtuliłem się pyskiem w jej futro. Ona powtórzyła czynność.

- Trzymaj się.- złagodniała

Po  tych słowach wyszedłem z jej nory i pobiegłem przekraczając granice naszego terytorium. Teraz nie należę do żadnej watahy. Teraz  biegnę tam gdzie mnie łapy poniosą...

--------------------------

Rubin atakuje nera








taką minę miała jasno złota Lisha, gdy usłyszała że Nero odchodzi z watahy.









zdjęcia pochodzą z off-white.eu  gorąco polecam ten komiks!

Rozdział 1: Młody wiek (prolog)



     Nasza wataha była bardzo mała. Ja, siostra złota Lisha, szary brat Rubin i rodzice.Biało-ruda krótkowłosa matka i czarny długowłosy ojciec. Byliśmy tam bardzo szczęśliwi lecz Rubin po woli stawał się coraz dziwniejszy i coraz bardziej zaczął nie lubić mnie(Nero) i Lishy.
     Rubin na co dzień leniwy stawał się coraz bardziej wredny,ale o dziwo tylko do nas...
     Wkrótce szary wilk zaczął nas unikać, lecz nie na długo. Czasami rozpoczynał ze mną bójkę, a czasami targał za futro innych członków watahy.
     Kiedyś ojciec nie wytrzymał... Wypowiedział jakieś słowo, a jego ciemno czarne oczy nabrały czerwonych barw. Zawarczał na szarego i złapał go w pysk po czym rzucił daleko w piach.
     Oczy ojca wróciły do dawnego koloru. Podszedł do Rubina  i liznął go po mordce. O dziwo Rubin znów zaprzestał atakom i zaczął nas unikać. ale czy na długo?...

-------------

rozdział odświeżony.

witam



witam wszystkich. tego bloga poświęcę wilkowi Nero. Posty będą pojawiały się jak tylko je skończę :)
już niedługo 1 rozdział!