piątek, 8 sierpnia 2014
Rozdział 2: To nie ma sensu...
Po tygodniu zaczęliśmy śmielej odkrywać nasze terytorium. Powoli rozwijał nam się węch i słuch. Słyszeliśmy i czuliśmy zapachy dobrze, ale matka i ojciec mówią, że będzie jeszcze lepiej. Gdy usłyszała to złota Lisha aż podskoczyła. Rubinowi było to obojętne. Szary wilczek wolał leżeć cały dzień do góry brzuchem i bezsensownie patrzeć na drzewa,niebo czy też ptaki. Ja i Lisha woleliśmy zabawy i spacery. Czasami ojciec przynosił na pół żywe stworzonka, abyśmy mogli pod szlifować swe umiejętności łowieckie. Z czasem rodzice zaczęli uczyć nas nowych sztuczek, polowań lub tropienia. Tak minęły nasze młodzieńcze lata. Teraz jesteśmy już dorośli. Każdy z nas miał po 2 lata. Każdy miał inny charakter. Ja byłem dosyć poważny,miły,czujny,podczas polowań zabijałem niechętnie,ale takie już prawo natury. Lisha była wiecznie zakręcona i zabawna, lecz gdy poluje zadaje śmiertelne ciosy i nie ma przy tym litości. Rubin natomiast... ach Rubin... Nic się w nim nie zmieniło. Dalej był leniwy, chamski i nie wiem dlaczego zawsze nas unikał. Nigdy nie był na żadnym z polowań w których uczestniczyliśmy my, więc rodzice dawali mu osobne lekcje, na których zawsze nawalał. Pewnej nocy przesadził. Kiedy szedłem przez las do naszej nory coś mnie złapało za kark i przewróciło. To był Rubin. Wyśliznąłem się z uścisku i złapałem go za tylną nogę. Ten pisnął i rzucił się na mnie. Rozpoczęła się walka na kły i pazury. Przez dziesięć minut próbowałem złapać gardło przeciwnika. Na darmo. Rubin unikał moich ciosów i bronił się kłami. W końcu się udało. Chwyciłem go śmiertelnie za gardziel i nie zamierzałem puścić. Rubin piszczał. Z gardła przeciwnika lała się krew. Puściłem ledwo żywego i mocno przygniotłem do ziemi. Po chwili warknąłem:
- i po co ci to było?!
- (kaszle)... (kaszle)... N-n-n nie (kaszle)... c-cierpię ci-cię (kaszle)...
Puściłem go i odszedłem. Reszta na pewno się nim zajmie i wyleczy. Nie miałem ochoty na przebywanie w jednej watasze z tym oszalałym leniem. To nie ma sensu... Przebywanie tam nie ma sensu... Musiałem odejść i to jeszcze tej nocy. Mimo kilku moich ran i zranionej nogi mogłem odejść z tej watahy. Przypomniałem sobie wszystkich jej członków: mnie,matkę,ojca,Rubina i... Lishę. Moją siostrę i równocześnie najlepszą przyjaciółkę. Nie mogłem tak jej zostawić, a przynajmniej bez pożegnania. Wyobraziłem sobie jej smutną mine gdy nigdzie nie może mnie znaleźć. Jej łzy. Jej smutek. Jej tęsknota. Musiałem to dla niej zrobić. Musiałem się z nią pożegnać. Pobiegłem do jej nory. Dawno spała. Polizałem ją po pysku. Obudziła się i zaspana zapytała:
- Co ty tu robisz? (ziewa) jest noc idź spać.
- Nie mogę. Odchodzę.
- GDZIE?!-zerwała się.-i co ci się stało?-spostrzegła
- Nie wiem, ale jak najdalej od Rubina. Ta noga i inne rany to też jego sprawka.
- Jeśli chcesz iść. To proszę bardzo.-powiedziała obojętnie.
- Jeszcze kiedyś się spotkamy.-odpowiedziałem i wtuliłem się pyskiem w jej futro. Ona powtórzyła czynność.
- Trzymaj się.- złagodniała
Po tych słowach wyszedłem z jej nory i pobiegłem przekraczając granice naszego terytorium. Teraz nie należę do żadnej watahy. Teraz biegnę tam gdzie mnie łapy poniosą...
--------------------------
Rubin atakuje nera
taką minę miała jasno złota Lisha, gdy usłyszała że Nero odchodzi z watahy.
zdjęcia pochodzą z off-white.eu gorąco polecam ten komiks!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz