poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 3: Po tygodniu



Biegłem już od tygodnia w poszukiwaniu nowego terenu. Moje rany po bitwie z Rubinem dawno się zagoiły. Mimo jego agresji dalej tęskniłem za moją dawną watahą. Lecz życie toczy się dalej. Teraz biegnę przez stary i piękny las. Jest południe, a ja nic jak do tej pory nie jadłem. Zacząłem węszyć z nadzieją na jakieś dobre jedzenie. Węszyłem, węszyłem i... nic. Ten las musiał już dawno temu być opuszczony. Poszedłem dalej. Znów zacząłem węszyć. Dalej nie dawało to żadnych rezultatów. W tym lesie nie było jedzenia. Kolejny raz spróbowałem szczęścia kilka kilometrów stąd. Poczułem lekki,słodki zapach dzikich malin. Powinno starczyć, aby zaspokoić wilczy głód. Powinno. Poszedłem tropem wskazanym mi przez nos. Zastałem średniej wielkości kolczasty krzak na którym usadzono wiele małych różowych kropek. 'To pewnie maliny'-pomyślałem. Mimo iż znałem je z zapachu i wyglądu nigdy nie widziałem ich na krzaku.
Podszedłem i zerwałem pyskiem jedną. Natychmiast odskoczyłem i próbowałem wyciągnąć kolec który wpił mi się w dziąsło. Zacząłem doceniać swą matkę która przynosiła maliny na słodki deser gdy byłem jeszcze szczenięciem. Spróbowałem ostrożniej sięgnąć po inną. Udało mi się. Miałem w ustach słodki smak maliny. Obżarłem cały krzak. Było trochę trudno ponieważ miałem w pysku jeszcze pięć kolców. Podrapałem się nogą za uchem i wywęszyłem jeziorko. Podbiegłem nad brzeg jeziora będącego sercem lasu i umyłem malinowe rany. Zbliżał się wieczór. Postanowiłem iż zostanę tutaj na noc.  Wykopałem sobie małe zagłębienie w lesie tak jak to robią domowe kury, zwinąłem się w kulkę i zasnąłem. Wstałem wcześnie rano i od razu udałem się nad jeziorko. Wszedłem do wody, do pasa. Złapałem małą rybkę. Połknąłem ją w mgnieniu oka. Za chwilę jednak popłynąłem w głąb jeziora wypatrując jakiejś większej ryby. Wzrok mnie nie mylił. Po chwili miałem na oku młodego karasia. Zanurkowałem szpiegując rybę. Leniwie popłynąłem w głąb błękitnej paszczy w kierunku karasia. Miałem jedną szansę. Przyspieszyłem pływając i wbiłem kły w swą ofiarę. Ryba zaczęła mi się wyrywać. Zacisnąłem mocniej szczęki. Z pyska ryby wydobyło się kilka bąbelków powietrznych. Zacząłem również ja tracić powietrze. Ostatkami sił wynurzyłem się na powierzchnie. Wypłynąłem na brzeg po czym puściłem ledwo żywą rybę na piasek i zacząłem ciężko dyszeć. Po kilku minutach wszystko wróciło do normy, a ryba zniknęła! Powęszyłem, przecież sama z siebie nie odpłynęła do jeziora. Była zbyt słaba i zauważyłbym krwistą wodę. Wyczułem lisa. Kierował się na zachód od jeziora. Poszedłem jego tropem. Tropiłem złodzieja przez dobre dwie godziny aż znalazłem jego norę. Przysiadłem obok wejścia i nasłuchiwałem co gadają.

- ale on głupi!- krzyknęła lisia kobieta

-no i do tego nawet mnie nie tropił!-powiedział lis-chyba go mamusia nie nauczyła!-dodał

usłyszałem głos jeszcze dwójki lisów. Dwa małe lisiątka śmiały się w najlepsze nie podejrzewając iż za rogiem siedzę ja. Do śmiechu dołączyli jeszcze ich rodzice. Nerwy mi puściły. Zacząłem warczeć za norą. Widocznie już mnie zwietrzyli gdyż nastała cisza. Powoli wszedłem do ich nory. Lisy trzasły się ze strachu. Złodziej rzucił mi pod nos zdechłego karasia i kazał mi się wynosić. Zbliżyłem się do ryby i wygryzłem pół filetu. Oblizałem pysk i podszedłem warcząc do złodziejskiego lisa.

- Siódme: nie kradnij- szepnąłem i wyszedłem.

Pobiegłem dalej przez las. Biegłem aż do wieczora. Znalazłem starą, skalną jaskinię. Położyłem sie w jej prawym boku i zasnąłem.

2 komentarze:

  1. Ciekawe opowiadanie, czekam na następny rozdział. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :) powinnam się wyrobić do jutra do 20:00 ;)

      Usuń