czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 4: Tam gdzie jest koniec leży...




  Przez kolejny rok nic się nie działo. Byłem jakieś 1,5 raza większy niż wtedy.Moje futro Nabrało rudych barw. Wyjaśniało. Było takie długie jak u jakiegoś owczarka długowłosego. Mimo iż nie byłem spokrewniony z żadnym psem trochę go przypominałem. Mój głos stał się bardzo mocny i przede wszystkim wilczy. Biegałem dużo szybciej niż przedtem, moja wytrzymałość nadal rosła, mój węch natomiast niesamowicie zmienił się. Teraz potrafię wyczuć zająca z odległości 10 km.
  Moje życie składało się z wędrówki jedzenia i spania. Tak było przez rok, a stary las ciągle dłużył się i dłużył. Od tygodnia nie padał deszcz czego skutkiem był brak wody czyli od tygodnia nic nie piłem. Jedynie leśne owoce dostarczały mi 'wody'. Sok w leśnych owocach jest dobry, lecz po woli coraz rzadziej odnajdywałem jakiś krzak. Drzewa sosnowe jak i świerki zaczęły powoli zanikać. Na ich miejsce pojawiały się brzozy, ale potem również one zaczęły znikać. Gdzieś tutaj blisko las się kończył. Ogromna dżungla nie mająca końca ma jednak i swój koniec. Mech i igły zamieniły się w trawę, ale nie taką normalną jak rośnie u ludzi na ogródkach tylko taką ogromną, jasno zieloną i sztywną. Później trawa malała i ustąpiła miejsce jasnej ziemi pokrytej delikatnie piaskiem. Minąłem ostatnie drzewo. Usiadłem i spoglądałem w piaskowy i pusty horyzont. Zbliżała się noc. Słońce zaczęło zachodzić, a ja nadal się w to wpatruję. W końcu z miejsca gdzie się przed chwilą wpatrywałem zaczął powoli wychodzić duży księżyc. Czekałem aż wejdzie na swój gwieździsty tron i zacznie patrzeć na las. Był w pełni i świecił jak nigdy dokąd. Wstałem i wziąłem powietrze w płuca. Zawyłem przeciągle i głośno budząc przy tym dwie wrony śpiące na gałęzi pobliskiej brzozy.. W końcu to moje pierwsze wycie do księżyca w pełni od ponad roku. Skończyłem wyć. Popatrzyłem się w księżyc i zacząłem wyć. Na wyciu zleciała mi połowa nocy. Podczas mego ostatniego wycia z nieba spadła gwiazda. To był dla mnie znak by znów ruszyć przed siebie. Pomyślałem o mojej dawnej watasze i szybko zerwałem się z miejsca i popędziłem jak najszybciej tnąc najpierw lekko piaszczystą glebę by później wkroczyć na terytorium prawdziwej Pustyni. Im dalej pobiegłem tym bardziej chłodne noce pustyń dawały mi się we znaki. Po kilku minutach biegu wszystko zaczęło być jak przed biegiem; kiedy wyłem. Może to przez to iż się rozgrzałem, a może dlatego że znów popatrzyłem na księżyc i znów zauważyłem spadającą gwiazdę? Sam tego nie wiem. Być może magia naprawdę istnieje, ale jedno jest pewne: muszę biec dalej!

5 komentarzy:

  1. Od tygodnia nie padało, nie koniecznie musi znaczyć to że od tygodnia nie pił, za nim wyschnęły by wszystkie źródła wody musiało by minąć 2, 3 razy tyle, o ile nie więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chodziło mi o to że jedynym źródłem było jezioro z poprzedniego rozdziału(które było rok podruży za nim) a wszystkie mniejsze kałuże wyschły :P

      Usuń
    2. *podróży (pisałam na szybko)

      Usuń
  2. Fajna historia =) Ale co do ,,suszy'', to Kicia LPS ma rację. http://beautiful-cookie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w następnym rozdziale wszystko masz wytłumaczone ;)
      oczywiście wpadne na twojego bloga, ale jutro :)

      Usuń